Korespondencja zaoczna z Rosji

piątek, 24 maja 2019

wielkie targi książki

Władze Rosji postanowiły, że nie chcą, aby ich kraj dłużej kojarzył się jako mocarstwo militarne, nastawione na przemysł ciężki i wydobycie surowców naturalnych. Jako idealną metodę na "ocieplenie wizerunku" wybrano kulturę, a konkretnie - literaturę. Aby pokazać Rosję z zupełnie innej perspektywy, w Carskim Siole zorganizowano międzynarodowe Targi Książki pod nazwą "BOOK-wa". Dostałem wejściówkę na owe targi od zaprzyjaźnionego dziennikarza - korespondenta w Moskwie pracującego dla koncernu medialnego Axel Springer Spaniel, dlatego nie mogłem nie skorzystać z okazji i musiałem zobaczyć tę imprezę na własne oczy...

Targi BOOK-wa umiejscowiono w barokowym kompleksie parkowo-pałacowym w Carskim Siole nieopodal Sankt Petersburga. Tereny wystawiennicze wyznaczono z rosyjskim, mocarstwowym rozmachem - zajęły bowiem aż czternaście hektarów. Poszczególne strefy, mieszczące olbrzymie namioty, stoliki do spotkań autorów z czytelnikami i do dystrybucji książek, mini-sceny do odczytów i występów artystycznych oraz punkty gastronomiczne, zostały nazwane imionami i nazwiskami najwybitniejszych przedstawicieli rosyjskiej literatury. Zorganizowano pięć takich stref, które zgodnie z podaną zasadą, nazywały się:
- Fiodor Windowstojewski
- Tygrys Tołstoj
- Aleksander Papużkin
- Michaił Chlebakow
- Władimir Naprostow

Pomiędzy strefami można było poruszać się pieszo, na hulajnogach elektrycznych, lub w specjalnych pojazdach napędzanych rosyjskim gazem. Na wrotkach poruszały się z kolei hostessy, które serwowały gościom darmową okowitę, a dla posiadaczy wejściówki VIP - również kawior i kawę. Nietrudno było też natknąć się na przedstawicieli firmy cukierniczej Czosnkow & Orkiszow, którzy częstowali przybyłych próbkami swoich wyrobów, wśród których nie zabrakło takich specjałów jak bagietka Czosnkowa i bułka Orkiszowa. Wreszcie, w punktach gastronomicznych można było skosztować czegoś bardziej konkretnego, jak tradycyjne potrawy rosyjskie: stek wieprzowy z mięsa mielonego czy ostra zupa ucha (której skład jest tajny, gdyż uchatki kalifornijskie są pod ścisłą ochroną).

Punktualnie o godzinie dwunastej Targi otworzył sam prezydent Rosji - Władimir Władimirowicz w towarzystwie wiceministra kultury odpowiedzialnego za książki - Siergieja Stronicowa. Prezydent mówił krótko i zwięźle na temat roli Targów w procesie zmieniania wizerunku Rosji na świecie, podawał zalety płynące z czytelnictwa, a wreszcie zdradził, że w dzieciństwie sam był zapalonym czytelnikiem, a najbardziej podobała mu się książka pod tytułem "Jak Wania został strażakiem".

Następnie głos przejął minister Stronicow. Kontynuując wątek o ważnej i doniosłej funkcji jaką spełnia czytanie książek w kształtowaniu osobowości każdego człowieka przyznał jednocześnie, że do tej pory czytelnictwo w Rosji było na zatrważająco niskim poziomie (niższe wyniki zanotowano tylko w dwóch regionach świata: w Polsce oraz na Ziemi Królowej Maud na Antarktydzie). Winę za taki stan rzeczy miały ponosić przede wszystkim wysokie ceny książek. Dlatego władze rosyjskie - jak ogłosił Stronicow - postanowiły dogłębnie przyjrzeć się sprawie i raz na zawsze rozwiązać ten problem. Od tej pory cena książki będzie jednolita, stała i odgórnie ustalana przez państwo. Zajmie się tym specjalna komórka rządowa: Kremlowski Instytut Statystyki i Encyklopedyzacji Literatury (w skrócie KISiEL) pod kierunkiem profesora Olega Okładkowa.

Metoda na obliczanie stałej ceny książki ma być niezwykle prosta i właściwie każdy obywatel mógłby sam te obliczenia wykonać w pamięci. Jak przedstawił prof. Okładkow cała procedura polegać będzie na tym, że liczbę stron danej książki przemnoży się przez liczbę rozdziałów. Otrzymany wynik podzieli się przez liczbę zawartych w książce zdań podrzędnie złożonych, a następnie doda się do tego współczynnik powstały przez spierwiastkowanie liczby zdań w książce, które zawierają przynajmniej jeden okolicznik czasu lub miejsca. Następnie obliczy się częstość występowania w książce wyrażeń przyimkowych i odejmie od tej liczby podniesioną do trzeciej potęgi sumę zawartych w pierwszym rozdziale spółgłosek przedniojęzykowo-zębowych. Potem wystarczy już tylko zaokrąglić liczbę dopełniaczy zawartych na stronach nieparzystych, a otrzymany wynik poddać całkowaniu (chyba że mamy do czynienia z literaturą akademicką, to w takim przypadku nie). Uzyskaną liczbę dzielimy przez rok urodzenia aktualnego w chwili wydania książki prezydenta Rosji, a następnie trzy ostatnie cyfry mnożymy przez aktualny kurs rubla w Macedonii Północnej. Otrzymana liczba stanowić będzie ostateczną cenę danej książki, która nie będzie podlegać negocjacji i ma obowiązywać zarówno na terenie Rosji, jak i - po przewalutowaniu - na rynkach zagranicznych.

Ta rewolucyjna koncepcja zyskała powszechne uznanie i została nagrodzona gromkim aplauzem, a w kuluarach ukuto już dla niej popularną nazwę: cena Okładkowa. Minister Stronicow przyznał jeszcze, że chociaż metoda jest faktycznie banalna w swojej prostocie, aby nie pozostawiać pola dla ewentualnych wątpliwości i niedomówień, cenę każdej książki obliczy KISiEL przy pomocy specjalistycznego oprogramowania informatycznego, które dostarczy wiodący rosyjski producent nowoczesnych technologii, wyrastający na głównego rywala amerykańskiego MicroHardu, czyli firma PENIS (co rozwija się jako: Petersburska Elita Nowoczesnych Inicjatyw Sieciowych).

Po części oficjalnej, otwarciu i przemówieniach ważnych gości, można już było w pełni rozpocząć Targi. Atrakcji było tak wiele, że trudno było zdecydować, gdzie najpierw skierować swoje kroki. Co chwilę napotykało się znajomą twarz, pisarza o światowej sławie lub innego celebrytę z pierwszych stron gazet.

Bardzo licznie była reprezentowana Polska. Przybył między innymi najpopularniejszy aktualnie polski pisarz, czyli Remigiusz Upał, autor trzystu osiemdziesięciu powieści, w tym cyklu o komisarzu Froście i adwokat Zmyłce. Wraz z Remigiuszem Upałem przyjechała związana z nim Katarzyna Związana, również pisarka i autorka poczytnych kryminałów.

Polskę reprezentowała również popularna blogerka i żona znanego piłkarza - Anna Prawandowska, ze swoją najnowszą książką: "Glutenowe Wojny część V - Laktoza Kontratakuje". Wiele mówi się o tym, że prawa do ekranizacji całej serii zostały już sprzedane. Miała je podobno nabyć słynna amerykańska wytwórnia filmowa Dwudziestowieczny Lis, a plotki głoszą, że w jej studiach powstaje już zwiastun pierwszego filmu na podstawie książek Prawandowskiej, który zaczynać będzie się kultowym zdaniem: "Dawno dawno temu, w odległej galaktozie...".

Największy rozgłos na Targach zyskała jednak nie polska propagatorka zdrowego stylu życia, ale gość zza oceanu - znany pisarz fantasy Martin R.R.R.R. George, autor bestsellerowej sagi "Pleśń Lodu i Ognia", na podstawie której powstał najdroższy serial w dziejach telewizji: "Gra o Trąd". Stoisko przy którym George podpisywał swoje książki było tak oblegane, że w pewnym momencie porządek musiała przywrócić Armia Czerwona. Zainteresowanie tłumu wiązało się zapewne również z faktem, że w tym samym namiocie fragmenty "Pleśni Lodu i Ognia" odczytywał niezwykle przystojny aktor znany z serialu "Gra o Trąd", gdzie wciela się w rolę postaci znanej jako Jan Śnieg.

Równie duże zainteresowanie towarzyszyło stoisku, na którym swoje dzieła prezentował inny gość zza oceanu, król horroru - Stefan Król, autor ponad stu powieści grozy, w tym tak znanych jak: "Cmętarz Lódzi", "Insider", "Pan BMW", "Tamto", czy "Bastian". Szczególnie promowana była jego najnowsza książka: "Mroczna Dzieża", opowiadająca o podupadającej piekarni w Portland, w stanie Maine. Pewnego razu na nocnej zmianie, cierpiący na bezsenność pomocnik piekarza widzi tajemnicze lśnienie, które prowadzi go zieloną milą przez mgłę. Ten wielki marsz kończy się w ukrytej komórce w czarnym domu, w którym znajduje się sklepik z marzeniami. Tam spotyka córkę właściciela - Christine Carrie, która kiedyś była podpalaczką. Razem odkrywają martwą strefę, gdzie pod kopułą spoczywa tytułowa mroczna dzieża oraz zagadkowy worek kości. Po wsypaniu kości do dzieży i dodaniu mąki oraz wody, wyrasta z niej przerażający Zakalec. Jest to monstrum, które zwraca się przeciw swoim twórcom, a jakiej używa broni nie będziemy zdradzać, aby nie przerazić co bardziej wrażliwych czytelników, ale podpowiemy, że odpowiedź ukryta jest w nazwie potwora.

Fragmenty "Mrocznej Dzieży" odczytywał publicznie słynny hollywoodzki aktor: Żyd Prawo, znany z takich filmów jak: "A.D. - Sztuczna Głupota" (nakręconego przez Stefana Bergspiela na podstawie pomysłu Stanisława Kubraka) czy obrazoburczego serialu "Stary Papież", autorstwa włoskiego reżysera - Paolo Vitellino. Sam Stefan Król za to chętnie podpisywał swoje książki, oraz odpowiadał na pytania czytelników. Mnie interesowało w jaki sposób mistrz uzyskuje atmosferę grozy i przerażenia. Król odpowiedział, że z pisaniem horrorów jest podobnie jak z ogrodnictwem. Najpierw sieje się panikę, a gdy przyjdą obfite d(r)eszcze, wówczas groza sama narasta.

Inny niezwykle poczytny pisarz zamiast tak pompatycznej promocji swojej twórczości, postanowił sam publicznie czytać fragmenty swoich dzieł. Chodzi oczywiście o Pablo Koalio de Zołzę, który w namiocie w strefie "Tygrys Tołstoj" recytował prolog swojej najnowszej powieści: "Na progu sklepu Biedry usiadłem i płakałem". Dodatkowo, dla każdego czytelnika, który zakupił jedną z jego wielu książek (np. "Al Chemik", "Berenika postanawia ujrzeć", "Być jak biegnąca apteka"), sam autor formułował na poczekaniu jedną mądrość życiową, a jeśli ktoś kupił książkę w twardej oprawie - wówczas dwie.

Oczywiście to nie wszystkie atrakcje, jakie czekały na gości targów BOOK-wa. Nie zabrakło czegoś dla miłośników sensacji i kryminałów. Swoje stoiska na targach mieli bowiem między innymi Lee Dziecko (twórca postaci Jacka Teachera - nieustraszonego nauczyciela, który podejmuje pracę w prowincjonalnym gimnazjum), Ty Nesbo, Karina Rzeźnia czy Charlotte Url.

Bardziej wyrafinowanych miłośników literatury z pewnością ucieszył włoski erudyta Humberto Deko ze swoją najnowszą powieścią "Cmentarz na Pradze", oraz gość z Kraju Kwitnącej Wiśni - Haruki Płotakami - autor słynnej książki "Norweskie Drewno", opowiadającej o nieudolnym aktorze z przedmieść Trondheim. Warto dodać, że dzieło to zostało sfilmowane przez rodaka autora - Akirę Kaczkosawę, a w postać głównego bohatera wcielił się znany z hollywoodzkich blockbusterów - Mikołaj Klatka. Koneserzy docenili również z pewnością obecność Szczepana Miękdocha - laureata polskiej nagrody Reeboka i amerykańskiej - Policera.

Nie zabrakło czegoś dla miłośników sportu. Staszek Gąsienica-Dżdżownica, grafoman-amator spod Starego Targu, promował swoje wspomnienia pt. "Papa mo bile, cyli jak ucyłem Łojca Świntygo grać w bilard". Z kolei były selekcjoner polskiej reprezentacji piłkarskiej - Adam Rozwałka przybył ze swoją książką napisaną wspólnie z Wisławą Michalińską: "Sztuka kopania, czyli chociaż jestem hetero lubię przegrywać trzy zero". Swoich zwolenników znalazł też "Rajd utracony", czyli wywiad-rzeka jaki brytyjski dziennikarz motoryzacyjny John Milton (gwiazda programu "Top Zbir") przeprowadził z polskim kierowcą wyścigowym Rupertem Haubicą.

Znalazło się także coś dla miłośników literatury nie najwyższych lotów. Ot, choćby cykl "Saga Świt - księżyc w ołowiu", opowiadający o zakochanych szyszymorach, czy "50 twarzy Earl Greya" - zapis erotycznych podbojów studentki kulturoznawstwa Joanny Dark.

Fanów fantastyki ucieszył z pewnością Andrzej Dyszkowski i jego "Niedźwiedźmin", a nieco młodszych nastolatków - "Szatyn z siódmej klasy" autorstwa Marcela Korneszyńskiego.

Kto odczuwał przesyt dobrą literaturą, w międzyczasie mógł posłuchać dobrej muzyki. Na głównej scenie występowali między innymi: Bruno Wenus, Mikoś Jaskinia wraz z zespołem Złe Ziarna, wokalista disco-ruso Brajan Adams, a także Sałaton - szwedzki przedstawiciel nurtu wege-metal. Gwiazdą wieczoru był latynoski duet Henryk Kościelny & Doberman, którzy wykonali swój taneczny przebój "I like E.T."

Wiele atrakcji znajdowało się również w strefie rozrywki. Można tu było między innymi:
- zagrać w rosyjską ruletkę (pistoletem na kapiszony)
- zagrać w pokera metodą Moscow Hold'em
- zagrać w brydża z Dziadkiem Mrozem
- na konsoli XXX BOX MegaBoombastic StationPlay 3000 zagrać w grę FIFA 2246
- spróbować sił w nowej rosyjskiej grze: DART WIADER, w której chodzi o to, że rzuca się strzałkami do okrągłej tarczy, mając założone na głowę czarne wiadro
- sprawdzić się w poprawnym przeliterowywaniu nazwiska węgierskiego naukowca i pisarza - Mihaliya Csiksentmihalyia

Ja tymczasem ustawiłem się w kolejce do rozmowy z prezydentem Władimirem Władimirowiczem. Z uwagi na sporą liczbę chętnych, każdy dziennikarz mógł zadać tylko jedno pytanie. Zapytałem skąd pomysł na targi książki, czy chodzi tylko o poprawę wizerunku Rosji w świecie, czy jednak o coś więcej. Odpowiedzi, jakiej udzielił mi prezydent, długo nie zapomnę. Spojrzał mi bowiem prosto w oczy, rozejrzał się na boki, po czym konspiracyjnym szeptem zdradził:
- Cóż, oczywiście, że chodzi o coś więcej... Podczas niedawnej wizyty w Japonii, premier tego kraju - Shibainu Otoszuya wręczył mi w prezencie księgę aforyzmów. I tam przeczytałem jedno mądre zdanie: "Pióro potężniejsze jest od miecza". Wówczas zrozumiałem, że cała ta militarna potęga jaką budujemy tu w Rosji jest bezcelowa. Tak naprawdę liczy się bowiem literatura, książki - oto jest cała ukryta w tym aforyzmie tajemnica sukcesu, potęgi i panowania nad światem. Czy pan wie, że prezydent USA Ronald Tramp w życiu nie przeczytał ani jednej książki? Z kolei prezydent Polski Andrzej Kobza może i przeczytał, ale on bardziej woli przepisywać na nowo stare książki i wykreślać fragmenty z dzieł klasyków. Tymczasem, my, stawiając na prawdziwą literaturę, już wkrótce będziemy niezwyciężeni!

24.05.2019 (15:34 czasu moskiewskiego)

piątek, 4 stycznia 2019

w tajnej służbie jej królewskiej kości

Niepokojące wieści dochodzą ostatnio zza wschodniej granicy. Podobno Rosja, rękami prezydenta Władimira Władimirowicza, przymierza się do aneksji kolejnego państwa. Tym razem chodzi o Białoruś, a całość ma się odbyć w znacznie bardziej pokojowy sposób niż to miało miejsce w przypadku Krymu. Państwo Aleksandra Łukaszenki jest już bowiem związane ze swoim potężnym sąsiadem poprzez osobliwy związek polityczno-gospodarczy pod nazwą ZBiR (Związek Białorusi i Rosji). Czy jest to jednak zaledwie początek ekspansji Rosji kolejne terytoria w regionie? Będąc na miejscu, czyli w Moskwie, postanowiłem to sprawdzić.

Tajni agenci, służby specjalne i komórki wywiadowcze inwigilują współcześnie każde państwo, każdy rząd i każdą władzę polityczną. Nie inaczej musi być w Rosji. Nie tylko rosyjscy agenci są bowiem rozsiani po całym świecie, ale też z całą pewnością agenci obcych wywiadów są poutykani w strukturach zbliżonych do Kremla. Pozostało mi jedynie namierzyć któregoś z nich, aby - metodą handlu wymiennego i wzajemnych przysług - uzyskać więcej interesujących mnie informacji.

Zacząłem od znajomego dziennikarza koncernu medialnego Axel Springer Spaniel. W zamian za dwa litry wódki Stolicznaja otrzymałem od niego kontakt do osoby zbliżonej do wywiadu duńskiego. Od tej osoby, w zamian za egzemplarz książki "Na progu sklepy Biedry usiadłem i płakałem" podpisany przez autora, czyli Pablo Koalio de Zołzę, uzyskałem kontakt do osoby zbliżonej do wywiadu Burkina Faso. Od tej osoby, w zamian za dwa litry grzanej whisky z lodem, uzyskałem kontakt do osoby zbliżonej do wywiadu eskimoskiego. Wreszcie, od tej osoby, w zamian za przepis na stek wieprzowy z mięsa mielonego, uzyskałem kontakt do tajnego oficera wywiadu brytyjskiego czyli MI6.

Negocjacje z brytyjskim oficerem, który przedstawił mi się jako Tom Cruz, nie były już tak łatwe. Facet odmawiał każdej łapówki - od kilograma herbaty "Sekundka", przez jedyną istniejącą cyfrową fotografię Królowej Wiktorii, aż po długopis z naniesionym planem londyńskiego metra w skali 1:1. Skapitulował dopiero, gdy zaoferowałem mu rękopis książki Davida Igrecke pt. "Ludzka maso, powstań z polan", w której pisarz jasno dowodzi, że brytyjska premier Theresa May pochodzi w prostej linii od ostatniego władcy starożytnego plemienia Majów i natychmiast po Brexicie zamierza przyłączyć Wielką Brytanię do Gwatemali.

W ten sposób otrzymałem bezcenny kontakt do brytyjskiego agenta, który od lat działa w konspiracji na Kremlu inwigilując władze rosyjskie. Oczywiście nie poznałem jego nazwiska, a jedynie kryptonim (Doktor Yes), oraz numer telefonu na smartfon jednorazowy, który natychmiast po zakończonym połączeniu sam się anihiluje. Teraz pozostało już tylko czekać na spotkanie.

Z Doktorem Yes umówiłem się w rosyjskim barze Kasyno Rogale, który w menu posiada tylko trzy pozycje: herbata z samowaru, bagietka Czosnkowa oraz ośmiorniczka. Można tam również oddać się hazardowi, przy którym słynna rosyjska ruletka to zabawa dla przedszkolaków. Kasyno Rogale oferuje bowiem grę w siedmiorękiego bandytę (urządzenie produkcji indyjskiej firmy Kali Incorporated, w razie przegranej odcina graczowi głowę nożem kukri), oraz możliwość typowania wyników III ligi hokeja na lodzie w Tadżykistanie.

Punktualnie o umówionej godzinie, do baru wślizgnął się wysoki osobnik, w długim czarnym płaszczu i ciemnych okularach, który konspiracyjnym szeptem poinformował barmana, że podąża za białym królikiem. Barman mruknął tylko, że Swietłana czeka na zapleczu i wrócił do mieszania samogonu z rumem w butelce z napisem "Koniak trzeciego gatunku". Tymczasem przy stoliku obok mnie usiadł człowiek przypominający wyglądem Davida Sucheta w roli Herkulesa Poirot.
- Yes? - zapytałem
- No - odpowiedział
- Oh, no! - zmartwiłem się
- No? - zdziwił się
- Yes - potwierdziłem
- Oh, yes! - przytaknął

W ten sposób uzyskałem pewność, że to jest człowiek, którego szukałem. Ale należało jeszcze to potwierdzić tajnym hasłem. Wyjąłem z kieszeni gumę do żucia i podałem mu, mówiąc:
- Żuj i pozwól umrzeć.
- Żuje się tylko dwa razy - odpowiedział Doktor Yes, a potem przekazał mi informacje, na które czekałem.

Według danych zebranych przez Doktora Yes, cała sprawa związana z rzekomą aneksją Białorusi przez Rosję jest jednym wielkim blefem. W rzeczywistości jest to tylko elementem wielkiej transakcji wiązanej w regionie, której szczegóły są jeszcze dopinane, jak spodnie biodrówki w rozmiarze 31 na japońskim mistrzu sumo. Na mocy tego porozumienia, Rosja odda Polsce obwód kaliningradzki, Polska odda Ukrainie Przemyśl, Ukraina Białorusi Czarnobyl, a Białoruś Mołdawii kij hokejowy Aleksandra Łukaszenki z autografem. Wówczas Mołdawia otworzy na Słowacji rafinerię oleju do transformatorów wielofazowych, Słowacja dostarczy Polsce dzieła zebrane Słowackiego czytane z podziałem na role, a wtedy Polska wydeleguje do Kijowa czterdzieści wagonów musztardy krymskiej oraz dwadzieścia wagonów musztardy sarepskiej, co ma zrekompensować Ukrainie utratę Krymu, a jednocześnie zaostrzyć stosunki wewnętrzne w tym państwie, co jest na rękę Rosji właśnie.


Doktor Yes nie potrafił powiedzieć nic więcej, ale obiecał podać mi kontakt do agenta izraelskiego, który ma być jeszcze bliżej najwyższych kręgów Kremla. Gdy żegnaliśmy się przed Kasyno Rogale, wcisnął mi w dłoń świstek papieru z napisanym odręcznie jednym słowem "GoldenEi" i ciągiem cyfr "666 36 36". Po czterech godzinach główkowania w hotelu, domyśliłem się, że ten ciąg cyfr musi być numerem telefonu. Czym prędzej wykręciłem ten numer i usłyszałem damski głos:
- Good Tag. How can I hilfe?
- Eee... - zdziwiłem się na tę osobliwą mieszaninę językową - GoldenEi?
- I don't verstehe - odrzekła kobieta - Tell me das Nummer.
- Sechs sechs sechs, three sechs, three sechs - podałem
- Sex sex sex, free sex, free sex - powtórzyła moja rozmówczyni, a potem dodała - Put in, put in, put in...
Natychmiast odłożyłem słuchawkę, bo przestraszyłem się, że dodzwoniłem się na linię numer 1 na Kremlu, bo w ostatnich słowach mogło chodzić tylko o jedną osobę. A jeśli tak, to już po mnie...

Następnego dnia rano, na progu mojego pokoju hotelowego nie czekali jednak agenci KGB, ale szara koperta. Otworzyłem ją, a w środku ponownie znalazłem kartkę z jednym tylko słowem: "MAUSOLEUM". Czym prędzej udałem się na Plac Czerwony i czekałem na dalszy rozwój wypadków przy mauzoleum Lenina. Po czterech godzinach stania na czternastostopniowym mrozie podeszła do mnie kobieta ubrana nadzwyczaj kuso jak na panującą temperaturę.
- Free sex, free sex? - zapytała
- Nie, spasiba, ja... eee... czekam na kogoś - dodałem po polsku
- GoldenEi? - spytała ponownie
- Da! - krzyknąłem - Znaczy... tak, ja, GoldenEi!
- To dobrze - kobieta rozejrzała się dookoła, po czym przedstawiła się - Hajfa Tahini-Babaganusz, oficer Mossadu - Chodź ze mną...

Hajfa poprowadziła mnie wąskimi uliczkami rosyjskiej stolicy aż do ciemnego zaułka, gdzie mieścił się sklep z zakurzoną markizą, zaklejonymi oknami i drewnianym szyldem z napisem: "MAUS OLEUM".
- Zaszło nieporozumienie - poinformowała mnie Tahini-Babaganusz, gdy zatrzymaliśmy się przed wejściem - Na kartce, którą podrzuciliśmy ci do hotelu, słowo "mausoleum" nie oznaczało mauzoleum Lenina, tylko ten sklep - wskazała na szyld - Jedyny w Rosji sklep, w którym można kupić olej z wątroby myszy i myszarki, cudowne panaceum na wszelkie choroby, zwłaszcza na ziarnicę złośliwą.
- Ach tak... - zdziwiłem się
- Ten sklep jest również komórką kontaktową Mossadu w Moskwie. Na zapleczu czeka na ciebie nasz szef. GoldenEi. Człowiek ze złotym okiem, złotym palcem, złotym pistoletem i złotym czymś jeszcze, o czym nie wypada mówić publicznie przed godziną dwudziestą trzecią czasu moskiewskiego. Jesteś gotowy?
- Tak - potwierdziłem
- To dobrze. A teraz uważaj, bo to jest tylko dla twoich oczu - powiedziała, po czym rozsunęła poły płaszcza.
Spodziewaliście się pewnie czegoś innego, ale na szyi agentki Hajfy wisiała karta magnetyczna, połyskująca w mdłym świetle latarni ulicznej.
- To jest bioniczna karta magnetyczna, która aktywuje się jednorazowo po zetknięciu z liniami papilarnymi - wyjaśniła Tahini-Babaganusz - Dlatego nie mogę ci jej podać, musisz sam ją wziąć do ręki. Użyjesz jej do wejścia na zaplecze sklepu, gdzie czeka GoldenEi. Zaraz potem karta samoistnie się zdematerializuje. Powodzenia!

Stosując instrukcje agentki dostałem się na zaplecze "Maus Oleum". Tam, pomiędzy regałami pełnymi zakurzonych glinianych buteleczek, czekał na mnie człowiek, którego twarzy nie mogłem dostrzec w panującym półmroku. Widziałem tylko jego połyskujące złote oko.
- Podejdź do mnie - przywołał mnie złotym palcem
Wykonałem polecenie zanim agent zdążył wykorzystać pozostałe elementy swojego złotego wyposażenia.
- A teraz słuchaj uważnie, bo nie będę powtarzać - powiedział stanowczo i zaczął mówić

Przez następny kwadrans uzyskałem informacje na temat najpilniej strzeżonych rosyjskich tajemnic. Zwłaszcza jednej z nich. Dowiedziałem się, że GRU to wcale nie jest Główny Zarząd Wywiadowczy Rosji. Owszem, oficjalnie instytucja zajmuje się wywiadem, ale w rzeczywistości jest to tylko przykrywka dla prawdziwego celu działalności GRU. A tym prawdziwym celem jest hodowla bardzo wysoko wyspecjalizowanych gołębi militarno-wywiadowczych. Według informacji, które zgromadził Mossad, GRU posiada w tej chwili armię około 200 skrajnie niebezpiecznych gołębi, z których każdy wart jest około 10 milionów rubli.

Gołębie GRU nie są zwykłymi gołębiami. To produkty inżynierii genetycznej oraz najnowocześniejszej technologii wojskowej i informatycznej. Każdy z nich ma wszczepiony do mózgu moduł komputerowy, sterowany szesnastordzeniowym procesorem Intel Pigeon 5. Moduł ten obsługuje pamięć operacyjną o pojemności 8 terabajtów. Specjalny chip ma możliwość łączyć się ze wszystkimi satelitami wojskowymi Rosji, a także ze stacją orbitalną MIR. Gołąb jest również wyposażony w najnowocześniejsze soczewki marki Carl Zeiss Taube Zoom, o gigantycznej ogniskowej i niespotykanym przybliżeniu. Dzięki temu gołąb, siedząc na gałęzi w Sankt Petersburgu, jest w stanie przeczytać gazetę, którą trzyma facet siedzący na kiblu w Nowym Jorku.

Gołąb GRU jest produktem specjalistycznych manipulacji genetycznych, dlatego w przeciwieństwie do zwykłych przedstawicieli swojego gatunku, posiada zęby, i to tak silne, że przegryzają stal. Jego dziób jest w stanie przepiłować każdy diament. Z kolei jego olbrzymie skrzydła (będące efektem krzyżowania z bocianem) pozwalają mu przelecieć dystans z Moskwy do Władywostoku w trzy godziny, a jeśli wykorzystuje korytarz powietrzny wytworzony przez pociąg Kolei Transsyberyjskiej, to nawet w dwie i pół. Oddech tych gołębi jest bardziej śmiercionośny niż napalm, a ślina posiada właściwości zbliżone do ciekłego azotu. Wreszcie, gołąb GRU jest karmiony specjalną mieszanką sorga, prosa i wody królewskiej, dzięki czemu jego odchody mają odczyn zbliżony do stężenia kwasu siarkowego i mogą kruszyć beton, roztapiać mosiądz i platynę, oraz zamieniać złoto w wódkę, a wodę w smołę.

Gołębie GRU są od lat wykorzystywane przez Rosję w różnorakich operacjach wojskowych. Brały udział w inwazji na Afganistan, Syrię i Dagestan. Istotnie przyczyniły się do błyskawicznej aneksji Krymu, zatruwając wody przybrzeżne Krymu w właściwy gołębiom sposób, aż Morze Czarne nabrało barwy, która uzasadnia jego historyczną nazwę. Gołębie GRU doprowadziły również do katastrofy polskiego samolotu prezydenckiego w okolicach Smoleńska, niemal dekadę temu. Według informacji, na które wpadł były polski minister obrony narodowej (który potem został zastraszony i musiał ustąpić ze stanowiska), to właśnie gołębie GRU, ukryte w okolicznych lasach, uszkodziły poszycie Tupolewa, prowadząc do gwałtownej dekompresji na krótko przed lądowaniem. Słyszalne na nagraniach wybuchy, były w rzeczywistości okrzykami godowymi gołębi, których płuca o pojemności sześciuset litrów są w stanie wzmocnić dźwięk do głośności dwustu decybeli.

Na zakończenie, GoldenEi powiedział mi jeszcze, że są na Kremlu tajemnice, których nie zna nawet on, ale istnieją ludzie z wywiadu amerykańskiego, którzy mogą mi je przekazać.
- Jak ich znajdę? - zapytałem
- Oni znajdą ciebie - powiedział tylko GoldenEi, po czym wyprowadził mnie ze sklepu tylnym wyjściem - Już wszystko wiedzą. Śmieć nadejdzie jutro.

Wkrótce przekonałem się, że miał rację. Następnego dnia, tuż przed skrzyżowaniem prospektu Moskwicza z prospektem Łomonosowa, drogę zajechała mi czarna śmieciarka. W mgnieniu oka ktoś wciągnął mnie do środka, gdzie było ciemno, ale mimo to zarzucono mi na głowę papierową torbę z Happy Meal. Po około kwadransie jazdy, wyrzucono mnie z auta na jakichś peryferiach. W oddali majaczyła ciemna linia lasu, nigdzie wokół nie było widać śladów żadnej cywilizacji. Obok mnie wyrósł nagle wysoki człowiek w garniturze i kominiarce i na głowie.
- I'm Johnny American, najwyżej postawiony amerykański agent na Kremlu - przedstawił się - Powiem ci, co tylko chcesz wiedzieć, ale musisz mi dać słowo, że przestaniesz dalej drążyć.
- Dobrze, przestanę - obiecałem - Jeśli powiesz mi, jaki jest największy sekret Władimira Władimirowicza. Jakaś tajna broń? Metro pod Kremlem? Bursztynowa Komnata?
- Władimir Władimirowicz nie żyje - powiedział spokojnie Johnny American
- Co????
- Prezydent Rosji zmarł na zawał serca 18.lutego 2014 roku - kontynuował agent - W tym dniu reprezentacja Rosji w hokeju na lodzie przegrała w ćwierćfinale igrzysk olimpijskich w Soczi z Finlandią 1-3 i odpadła z walki o medale. Całe igrzyska były oczkiem w głowie Prezydenta, wydał na nie ponad 50 miliardów dolarów, ale turniej hokejowy był wisienką na torcie. Rosjanie po prostu musieli zdobyć złoty medal. Tymczasem już w ćwierćfinale Finowie ich rozbili i Rosja straciła szanse na miejsce na podium. Serce Władimira Władimirowicza tego nie wytrzymało... 
- To niemożliwe - wyszeptałem
- Ale to prawda. Wie o tym dosłownie kilkanaście osób na świecie. Nawet prezydent USA nie ma o tym pojęcia.
- Więc kto w takim razie rządzi Rosją? Sobowtór?
- Nie - zaprzeczył agent - Rosją rządzi jakiś tajemniczy człowiek, podobno genialny szachista. Nikt nigdy nie widział go na żywo. Kontaktuje się z rządem i gabinetem poprzez telekonferencje i ma wtedy maskę na twarzy, a jego głos jest modulowany przez syntezator mowy. Natomiast oficjalnie wszędzie pokazywany jest sobowtór Władimira Władimirowicza.
- Jeden? Czy jest ich więcej? - drążyłem
- Jest ich mnóstwo - przyznał Johnny - Ja wiem o istnieniu dwudziestu ośmiu, ale z pewnością jest ich dużo więcej. Na każdą okazję wystawiany jest inny. Jeden sobowtór świetnie pływa, drugi świetnie jeździ konno, trzeci płynnie mówi po niemiecku, czwarty po angielsku, piąty ma imponującą muskulaturę, szósty genialnie gra na fortepianie i tak dalej. Właściwie nie zdziwiłbym się, gdyby były ich setki... To jest w każdym razie tajemnica tego, skąd prezydent Rosji jest tak nadludzko zdolny w tak wielu dziedzinach.

Po usłyszeniu tak niesamowitych informacji, aż zakręciło mi się w głowie. Zaraz jednak okazało się, że to nie od nadmiaru sensacji, ale od igły strzykawki, przez którą Johnny American wstrzyknął mi w szyję jakąś substancję. Ostatnimi słowami, jakie od niego usłyszałem było: "Pamiętaj - diamenty są wietrzne".

Obudziłem się w łóżku, w swoim pokoju hotelowym. Byłem pewny, że to wszystko nie było snem. Wkrótce uzyskałem potwierdzenie moich przeczuć. Na lustrze przyklejona była widokówka z pejzażem Kremla, narysowanym diamentem i odręcznym napisem: "Pozdrowienia z Moskwy!".

4.01.2019 (21:44 czasu moskiewskiego)

PS. Wszystkie wydarzenia, osoby i cytaty są fikcyjne. Ich podobieństwo do wydarzeń, osób i cytatów realnych jest zamierzone, a wręcz pożądane.  

piątek, 7 grudnia 2018

Petersburska Elita Nowoczesnych Inicjatyw Sieciowych

Nie od dzisiaj wiadomo, że współczesny świat nie mógłby chyba istnieć bez technologii informatycznych i internetu. Nie od dzisiaj także fakt ten dostrzegli politycy, którzy chętnie wspierają inicjatywy z dziedziny IT, a także afiszują się na wszelkich imprezach związanych z tą branżą. Ot, choćby niedawno na maratonie programowania w Warszawie gościł prezydent Polski we własnej osobie - pan Andrzej Kobza. A czy podobnie rzecz ma się w Rosji? Postanowiłem to sprawdzić...

Dowiedziałem się bowiem, że w Sankt Petersburgu zawiązało się niedawno stowarzyszenie pod nazwą Petersburska Elita Nowoczesnych Inicjatyw Sieciowych (w skrócie: PENIS), szczodrze wspierane finansowo przez prezydenta Federacji Rosyjskiej - Władimira Władimirowicza. I właśnie w miniony weekend PENIS zorganizowała w Rosji z olbrzymim rozmachem międzynarodowy kongres branży informatycznej. Pełna nazwa imprezy brzmiała: Rosyjski Ogólnoświatowy Kongres Informacyjnych Technologii, Networkingu i Komputerów (w skrócie: ROKITNiK).

Pomimo, że Kongres był otwarty dla wszystkich chętnych, wyłączność na medialną obsługę imprezy otrzymał koncern medialny Axel Springer Spaniel. Na szczęście udało mi się przekupić jednego z dziennikarzy Springer Spaniela i w zamian za dwuletnią licencję na pakiet Open Office, którą mu wręczyłem, otrzymałem akredytację na ROKITNiK (facet był tak uradowany, że proponował mi jeszcze wejściówkę na galę rozdania Oscarów, o ile załatwię mu licencję na Linuksa).

Kongres odbył się w miejscowości Robakowo nad Bugiem. Na miejsce obrad wybrano malowniczy hotel Athlon, będący w przeszłości reprezentacyjną posiadłością rodziny Kasperskych. Gmach, pochodzący z epoki NewRomantyzmu, składa się z sześciu budynków z windowsami, oraz z oranżerii, a całość otoczona jest firewallem. Aby goście odnaleźli ścieżkę dostępu w tak rozległej cyberprzestrzeni, w wielu miejscach porozstawiano sterowniki, które wskazywały drogę. Natomiast w drzwiach do sali głównej uczestników Kongresu witał osobiście sam Menedżer Urządzeń, po czym informował, że po wejściu nie trzeba zdejmować bootów. Tuż obok był office, w którym każdy miał możliwość bezpłatnie zaszczepić się przeciw wirusom. Rozdawano również tabletki na potencję i tablety na potencjał (spoczynkowy i czynnościowy).

Kongres rozpoczął się w sobotę punktualnie o godzinie 10:00 czasu uniksowego. Na początku odczytano protokół TCP/IP, potem zaktualizowano rejestr, a następnie powitano gości specjalnych, wśród których honorowe miejsce zajmowali Apache, którzy przybyli na antylopach GNU z odległego hrabstwa Kingston. Natomiast z Bukaresztu przyjechał potentat w zakresie produkcji nośników danych, znany powszechnie jako CD Rom.

Wreszcie, z głośników systemowych popłynął hymn Kongresu, wykonany na ALTówkach przez Orkiestrę Reprezentacyjną Państwowej Armii Botnetów, a następnie głos zabrał sam prezydent Rosji - Władimir Władimirowicz. Po nim przemówił honorowy członek PENIS-a - Izydor Internetow. Ten wybitny radziecki informatyk zasłynął przed laty wynalezieniem przeglądarki, która - choć ma już swoje lata - wciąż jest chętnie używana i jest znana jako przeglądarka Internetowa.

Potem rozpoczęły się obrady. Seminarium poprowadził procesor habilitowany Root Kit z Uniwersytetu Hardware'a, a towarzyszyła mu przeurocza asystentka - Partycja Recovery. Referaty wygłosili też między innymi: spy szeryf Mac Malware z USA oraz słynny haker Ben Q z USB.

W pierwszej przerwie na blue screenach wyświetlono spam, a jako poczęstunek podano crack oraz kanapki z szynką, baleronem i celeronem. W kuluarach prowadzono rozmowy biznesowe. Na każdym kroku można było natknąć się na znanych gości, twarze z pierwszych stron gazet i celebrytów. Prywatnym wahadłowcem przyleciał amerykański wynalazca Ilon Mózg, wraz z żoną Iloną. Był obecny potentat handlu internetowego Jeff Kremówkos, właściciel serwisu Ukajalon.com. Był też sam amerykański prezydent Ronald Tramp, oraz premier Japonii - Shibainu Otoszuya. Widziałem również polityków z Polski: Ryszarda Trupe (twórcę partii .Starożytna, współtwórcę partii Już!), oraz Janusza Morwin-Kikke (lidera partii KOR-zwyciężaj!). Mignął mi były piosenkarz a obecnie wzięty polityk Paweł Cookies. Były też postacie ze świata mody (bracia Giorgio i Emporio Armani), sportu (były piłkarz Kevin Keygen, były kolarz Lance Awesome) i muzyki (idol nastolatek Bruno Wenus, przedstawiciel gatunku disco-ruso: Brajan Adams). Dostrzegłem wreszcie słynnego pisarza Pablo Koalio de Zołza.

- Ach, cóż za spotkanie! - wykrzyknął literat na mój widok
- Zaiste - przyznałem - Ale nie spodziewałem się, że Mistrza interesują nowoczesne technologie informatyczne
- Mój przyjacielu - powiedział Pablo - Pozwól, że zdradzę ci tajemnicę Wszechświata. Otóż internet jest naszym oknem na świat, a nasza dusza jest naszymi drzwiami do świata. A każdy prawdziwy dom musi składać się tak z okien, jak i z drzwi. Rzecz w tym, aby żyć w harmonii pomiędzy drzwiami i oknem, oraz żeby mieć poukładane na strychu i równo pod sufitem.
- Cóż za najprawdziwsza prawda! - zgodziłem się - A czy w takim razie ty, Mistrzu, korzystasz również z najnowszych osiągnięć informatyki?
- Naturalnie - przyznał Koalio de Zołza - Promocja mojej najnowszej książki, pt. "Na progu sklepu Biedry usiadłem i płakałem" w całości odbywa się w internecie. Będzie tam również do pobrania bezpłatny fragment. Ach, posiadam również pocztę elektroniczną! Mój adres... mam gdzieś tutaj zapisany... o... Koalio-Małpa-deZołza.com

W dalszej części Kongresu z odczytami wystąpili przedstawiciele gospodarzy szczytu. Fascynujący wykład na temat nowoczesnych sposobów zarządzania siecią przeprowadził docent Dmitrij Rybakow. O głośnikach systemowych opowiadał z kolei Dionizy Dźwiękow, znany na całym świecie jako twórca niezastąpionej części każdego komputera PC, jaką jest karta Dźwiękowa.

Potem zaanonsowano przerwę obiadową. W pobliskiej jadalni przygotowano iście królewską ucztę. Każde nakrycie składało się z uprzednio sformatowanych dysków talerzowych, obok których - jakby od linijki - porozkładano sztućce programisty. W menu królowała kuchnia włoska, czyli pasta termoprzewodząca. Było też coś bardziej swojskiego - podano cache ze skwarkami. Jeśli ktoś nie dał rady zjeść wszystkiego naraz i już ledwo zipiał, spakowano mu WinRAR-em resztki na drogę.

W popołudniowej części obrad skupiono się na zagrożeniach generowanych przez popularne przeglądarki internetowe. Na początek uczestnicy obejrzeli krótki film pt. "Upiór w Operze", a potem odbyła się dyskusja panelowa pod hasłem: "Chrome w dom - bug w dom. Prawda czy fikcja?". Debata była tak gorąca, że musiano włączyć radiatory.

Drugą przerwę zdominowała część artystyczna. Niektórzy goście poszli nad pobliską rzekę zabawić się przy phishingu. Bardziej leniwi zostali w pałacu, aby - podzieleni na partycje - rozerwać się rozbrajaniem bomb logicznych. Tymczasem na płycie głównej dziedzińca hotelu można było obejrzeć pokaz tresury Pythonów, pogłaskać oswojone ogniste lisy oraz ujrzeć na własne oczy zapierający dech w piersiach cyrkowy pokaz umiejętności akrobatycznych, który zaprezentowała moskiewska grupa Akrobat Rider. Na amatorów ćwiczeń fizycznych czekało również przeciąganie linuksa, a jeśli ktoś wolał się wyciszyć, mógł skorzystać z pomieszczenia pod nazwą LibreOffice, w którym zorganizowano bibliotekę. Na deser podano nadgryzione jabłka.

Na zakończenie, Kongres swoim recitalem uświetniła przybyła z Polski piosenkarka - Izabela Trojanowska.

7.12.2018 (17:51 czasu moskiewskiego)

PS. Wszystkie wydarzenia, osoby i cytaty są fikcyjne. Ich podobieństwo do wydarzeń, osób i cytatów realnych jest zamierzone, a wręcz pożądane.  

czwartek, 8 listopada 2018

ospa wieczna

Początek listopada przyniósł niepokojące wieści w zakresie medycyny. W Polsce, w regionie mazowieckim, pojawiło się kilkanaście zachorowań na odrę - groźną chorobę zakaźną. Media zaczęły straszyć epidemią, zwłaszcza w kontekście coraz popularniejszego trendu rezygnacji z obowiązkowych szczepień ochronnych. A czy echa tej sprawy dotarły również do Rosji? Postanowiłem to sprawdzić...

Wczesnym rankiem, w dniu 101. rocznicy wybuchu Rewolucji Październikowej (która - jak sama nazwa wskazuje - rozpoczęła się 7.listopada) dostałem cynk od zaprzyjaźnionego dziennikarza z koncernu medialnego Axel Springer Spaniel. Dostałem od niego również fluor, sód oraz mangan, niemniej jednak najważniejszy był ten cynk. Dzięki niemu dowiedziałem się bowiem, że na Kremlu planowana jest nadzwyczajna narada w związku z ryzykiem epidemii odry. Przy pomocy szalonego francuskiego taksówkarza, pracującego w korporacji taksówkowej Ali Ekspres (założonej w Moskwie przez przedsiębiorczego Araba), udało mi się dotrzeć na miejsce niemal w ostatniej chwili. Narada bowiem właśnie miała się rozpocząć.

Na sali było obecnych zaledwie kilkunastu dziennikarzy. Od nich uzyskałem informację, że obradom przewodniczyć będzie rosyjski Minister Do Spraw Sytuacji Nadzwyczajnych - Kirył Kryzysow. Stąd jego osobisty zespół współpracowników znany jest pod nazwą Brygada Kryzysowa. To, co się potem wydarzyło, zaskoczyło jednak wszystkich. Oprócz Brygady Kryzysowa na miejsce spotkania stawiła się również ponad setka naukowców z największych rosyjskich uczelni, niemal cały gabinet rządowy, a wreszcie sam Prezydent Federacji - Władimir Władimirowicz we własnej osobie!

Po krótkim przedstawieniu problemu, minister oznajmił, że najtęższe umysły Rosji zebrały się, aby wspólnie przedsięwziąć środki w celu nie dopuszczenia do epidemii odry na terenie kraju. Wśród wybitnych medyków pojawili się między innymi:
  • Doktor Hu - wybitny znawca medycyny chińskiej. Sędziwy człowiek, z niejednego woka ryż jadł.
  • Doktor Dziwnoljubow, który w Kubrykowie prowadzi klinikę dla emerytowanych wojskowych.
  • Doktor Pepper z Jekaterynburga, znany ekspert od zaburzeń odżywiania.
  • Doktor Queen, znakomity psychiatra z Sankt Petersburga, specjalizujący się w leczeniu urojeń wielkościowych.
  • Wybitny ortopeda-traumatolog, doktor Siergiej Szczękow, twórca kliniki "Chirurgia Szczękowa" w Sarańsku - stolicy regionu Mordowia
  • Gość z Niemiec - doktor Erich Etker, który leczy cukrzycę typu piątego i szóstego, przy pomocy ultradźwięków.
  • Świetny laryngolog z Tirany - Doktor Alban, którego domeną są zaburzenia słuchu.
  • Emerytowany specjalista z Polski - Doktor Wilczur, niekwestionowany specjalista w leczeniu powikłań po wściekliźnie.
  • Oraz oczywiście najwybitniejsza medyczna osobowość Rosji, najlepszy diagnosta na świecie - doktor Grigorij Domow.
Ponieważ zamknięcie granic nie wchodzi w grę, zebrani naukowcy zaproponowali szereg innych rozwiązań. Przede wszystkim - jak stwierdził Kirył Kryzysow - sprawa przekracza możliwości Ministerstwa Do Spraw Sytuacji Nadzwyczajnych. Dlatego niniejszym powołana zostaje Rosyjska Ogólnokrajowa Komisja Specjalna Anihilująca Niebezpieczne Alergeny (w skrócie: ROKSANA). Na jej czele stanie dyplomowana pielęgniarka - siostra Kara Mazow. Minister zapewnił również, że sytuacja jest pod kontrolą, a Rosjanie są bezpieczni, gdyż medycyna rosyjska stoi na najwyższym światowym poziomie. Czego dowodem może być choćby znany pod każdą szerokością geograficzną, najbardziej skuteczny lek na biegunkę. Produkowany właśnie w Rosji specyfik o nazwie "Bye Kał", zawiera wyciąg z ikry barrakudy pływającej w największym rosyjskim jeziorze. Również rosyjska wirusologia stanęła nieraz na wysokości zadania i na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci wyeliminowała już takie choroby zakaźne jak: gorączka zachodniego Jeniseju, ospa wieczna, ćwierćpasiec, wirusowe zapalenie wątroby typu G, zapalenie mózgu St.Petersburg, sołdatoza (choroba sołdatów), gorączka krwotoczna krymsko-kongijska, juma (czyt. "dżuma"), pierzaste zapalenie mózgu i cholera wie co jeszcze...

Następnie głos zabrała siostra Kara Mazow. Pielęgniarka poinformowała, że nawiązano już współpracę z siecią dyskontów Bozhya Korowka, która w ubiegłym roku przeprowadziła spektakularną akcję, podczas której klienci mogli wymieniać punkty na pluszowe maskotki w kształcie warzyw i owoców. Tym razem, podobna akcja zostanie przeprowadzona w przychodniach lekarskich, aby zwiększyć liczbę dzieci zaszczepionych przeciw chorobom zakaźnym. Każde dziecko, które zgłosi się na szczepienie, otrzyma za darmo jedną pluszową maskotkę - Zdrowiaka - w kształcie newralgicznych organów ludzkiego ciała. Do wyboru będą między innymi: trzustka Tatiana, wątroba Walentyna, serce Siergiej, mózg Misza, nerka Natasza, płuco Pietia, oskrzele Oksana czy dwunastnica Dymitr.

Zaproponowaną akcję przyjęto z dużym uznaniem, ale prawdziwe owacje wybuchły dopiero, gdy głos zabrał Władimir Władimirowicz. Prezydent stwierdził, że w kraju o tak wielkich tradycjach militarystycznych, nie można wszystkiego pozostawiać nauce. Dlatego zaproponował on, aby w każdej wiosce przygranicznej utworzyć specjalne Drużyny Bakteriobójcze, na wzór Brygad Zwalczających Stonkę Ziemniaczaną, które sprawdziły się w nie tak odległych czasach. Zadaniem nowo powołanych drużyn będzie nie dopuszczenie do przedostania się zakaźnych drobnoustrojów na teren Federacji Rosyjskiej, a w szczególności - ponieważ chodzi o odrę - zabezpieczenie rzek. Każda taka drużyna (w skrócie: DrużBa) ma zostać powołana przez okręgowy Związek Wędkarski i składać się będzie co najmniej z czterech osób. W skład DrużBy wejdą zatem następujące osoby:
- podbierakowy - którego zadaniem będzie wyławianie wody z rzeki, przy użyciu specjalnego sita (dostarczonego przez Ministerstwo Infrastruktury), którego oczka będą przepuszczać wodę, ale nie przepuszczą śmiertelnych wirusów
- oceniający - jego rolą będzie porównywanie przez lupę wyłowionego wirusa ze wzorcem wirusa odry, dostarczonym Drużynie przez ROKSANĘ na tablicach biało-czarnych w formacie nie mniejszym niż 18 x 24 cm
- ubijakowy - po stwierdzeniu zgodności wyłowionego wirusa z wirusem wzorcowym, ubijakowy będzie miał za zadanie tłuc ów wirus specjalną pałką (dostarczoną Drużynie przez Stowarzyszenie Honorowych Kibiców Klubu Lokomotiw Moskwa), aż do stwierdzenia ustania czynności życiowych u wirusa.

Na pytanie jednego z dziennikarzy, jak stwierdzić ustanie funkcji życiowych u wirusa, który jest de facto ani żywy, ani martwy, Prezydent odparł wymijająco, że prace nad tym jeszcze trwają, ale jeśli nie da się doprowadzić tą metodą wirusa do śmierci, to celem ubijania będzie przynajmniej pozbawienie go zjadliwości i zdolności kombinacji, rekombinacji oraz mutacji i permutacji.

Kolejne pytanie również zasiało wątpliwości, czy Drużyny będą aby zdolne przecedzić każdy centymetr sześcienny wody tak, że żaden wirus się nie prześlizgnie... Na to Prezydent odpowiedział, że mołodcy z pewnością nie zawiodą, oraz przypomniał, że przy niedawnej epidemii ptasiej grypy wystarczyło ustawić na rosyjskiej granicy, co sto metrów, strzelców z fuzjami, którzy mieli za zadanie strącić każdego ptaka, który miał zamiar wlecieć na terytorium Federacji. Operacja udała się w pełni! Wprawdzie mołodcy nie zestrzelili ani jednego ptaka, ponieważ dla rozgrzania organizmu raczyli się 96-procentowym spirytusem (i widzieli wtedy chmary, o jakich Hitchcockowi się nie śniło, dlatego nie wiedzieli w którego ptaka celować), ale nie miało to znaczenia, bo akcję zorganizowano późną jesienią, gdy wszystkie migrujące ptaki z Rosji już dawno wyleciały do cieplejszych rejonów świata.

Dalsze obrady Brygady Kryzysowa i ROKSANY przebiegały w znacznie bardziej rozluźnionej atmosferze, ponieważ słynny gorzelnik Witalij Wyborow dostarczył na salę 46 litrów swojej okowity pierwszego gatunku. Zanim więc wódka Wyborowa zaczęła krążyć wśród uczestników spotkania, opuściłem salę, gdyż miałem zaplanowane tego dnia jeszcze jedno spotkanie. Spiesząc na nie, na rogu Wojskiego i Prospektu Moskwicza wpadłem na człowieka w długim czarnym płaszczu. Dopiero po chwili poznałem, że był to słynny pisarz Pablo Koalio de Zołza. Byłem pewny, że już dawno temu opuścił Rosję, tym większe było moje zdziwienie tym nieoczekiwanym spotkaniem. Koalio wyjaśnił mi, że jednak pozostał w Moskwie, bo stolica Rosji - pełna literatów i literatek - pozytywnie natchnęła go do napisania kontynuacji swojej debiutanckiej powieści "Al Chemik". Nowa książka, pod roboczym tytułem "Miś i Małgorzata", ma być gotowa wiosną. Pablo Koalio de Zołza to jednak przede wszystkim człowiek o niezwykłej empatii, dlatego mimo pośpiechu nie omieszkał zapytać mnie o to, czym się teraz zajmuję.
- Ach, epidemia odry... Słyszałem, słyszałem... - zasępił się, usłyszawszy moje wyjaśnienia - Cóż, każda choroba jest niczym szpetny kąkol na niewinnym łanie zboża ludzkiego istnienia. Ale zdradzę ci, przyjacielu, tajemnicę Wszechświata. Otóż, każdy kto jest chory - ten nie jest zdrowy. Kto jednak nie jest zdrowy, może zostać uzdrowiony. Natomiast kto nie jest chory - ten nie może zostać uzdrowiony, ponieważ już jest zdrowy.
- Ależ to myśl głęboka niczym Wołga pod Niżnym Nowgorodem! - wykrzyknąłem z przejęciem, a potem pożegnałem Mistrza i udałem się w okolice stacji metra Kurskaja. Tam, w suterenie odrapanej kamienicy, oczekiwał mnie mój rozmówca - doktor Jerzy Wilga.

Doktor Jerzy Wilga jest emerytowanym inżynierem podwodnych pułapek na bobry. Kilka lat temu zasłynął jednak wydaniem dwóch części książki pt. "Ukryte Tilapie", w których wnikliwie demaskuje medyczne mity, tajemnice zdrowia i sekretne powiązania międzynarodowych stowarzyszeń. Zdaniem doktora Wilgi żadne lekarstwa nie są człowiekowi potrzebne, ponieważ natura wyposażyła świat w panaceum na wszystko, a tym cudownym lekiem jest olej z wątroby ryby znanej nam właśnie pod nazwą tilapia. Inżynier odkrył ten zadziwiający fakt, gdy pewnego dnia nurkował, konserwując pułapkę na bobry. W pewnej chwili ugryzł go 40-kilogramowy karp, a śmiertelną ranę zasklepiła właśnie przepływająca w pobliżu tilapia. Od tej pory doktor Wilga propaguje swoje odkrycia pod każdą szerokością geograficzną, a jego pracę docenił nawet David Igrecke - aktualnie najwybitniejszy demaskator światowych spisków.

- Co pan robi w Rosji? - zacząłem rozmowę z doktorem Wilgą - Dlaczego nie działa pan w Polsce?
- Musiałem uciekać z ojczyzny! - zdenerwował się pan Jerzy - Moje odkrycia są niewygodne nie tylko dla mafii medycznych, ale też dla aparatu państwa. Nasłano na mnie CBA, CBŚ, Sanepid, GIS, GUS, Polskie Towarzystwo Biblioteczne oraz Stowarzyszenie Księgowych w Polsce.
- A co pan sądzi o tej epidemii odry, o której teraz jest głośno?
- To jawny skandal! Nie ma żadnej epidemii, a odra jest chorobą, z którą łatwo można sobie poradzić przy użyciu terapii naturalnych. 
- Czyli jakich?
- Przede wszystkim tilapia. W każdej postaci i w nieograniczonych ilościach. Do tego wlewy dotętnicze z witaminy R, w stężeniu 170 ml na minimol, powtarzane minimum trzy razy dziennie. Jako suplement diety zalecam pesto ze smażonych włókien kokosowych oraz napar z suszonych liści krokosza balwierskiego.
- A szczepienia ochronne? Szczepić czy nie? - dociekałem
- Absolutnie nie! - wykrzyknął Jerzy Wilga - Czy pan wie, panie redaktorze, że szczepienia to największy spisek w historii istnienia tego świata?! Szczepienia wywołują ałtyzm, czyli nieuleczalną chorobę, która wywodzi się z gór Ałtaj, w południowej Rosji, na granicy z Chinami i Kazachstanem. W jej wyniku ciało zaczyna porastać gęste białe futro, aż chory przestaje być w ogóle podobny do człowieka. Szczepienia specjalnie są promowane na świecie, aby ludzi chorych na ałtyzm przybywało, ponieważ wtedy możliwe będzie ukrycie prawdy o istnieniu tajemniczego człowieka śniegu, znanego jako Yeti, który właśnie w górach Ałtaj żył od pokoleń.
- A jaka jest ta prawda?
- Ostatnie osobniki człowieków śniegu Yeti zostały schwytane przez doborowe oddziały rosyjskie, zamknięte w fabryce ukrytej w górach i zmuszone tam do niewolniczej pracy przy produkcji zamków do drzwi, zamków szyfrowych i okuć budowlanych.
- Ale dlaczego zachodnie państwa miałyby uczestniczyć w zatajaniu prawdy o jakiejś rosyjskiej fabryce gdzieś w górach?
- Ponieważ to wszystko jest ze sobą powiązane! Cały świat jest opleciony siecią wzajemnych zależności i wpływów, a pieczę nad tym sprawują tajne organizacje, o których istnieniu wie zaledwie kilka osób, a które kontrolują poczynania wszystkich najważniejszych światowych przywódców.
- Jakie to organizacje?
- Wszystko co wiem, to niepotwierdzone informacje. Ale wiele wskazuje na to, że są to m.in. Achromatydzi, Stowarzyszenie Obrazkowa Góra, węgierski bankier George Rosor, New World Medal i Masłoneria. A nad wszystkim czuwa żyrafa.

- Żyrafa?!
- Tak, Żyrafa Rotschilda.

Napełniony tak niepokojącą wiedzą, opuściłem kryjówkę doktora Wilgi i udałem się w kierunku mojego hotelu. Po drodze usłyszałem jakieś krzyki. Zajrzałem na podwórko pomiędzy starymi kamienicami. A tam rozpoznałem Iwana Muminina, kiedyś mieszkańca Soczi, którego spotkałem przy okazji Zimowych Igrzysk Olimpijskich w tym mieście. Potem dowiedziałem się, że został zmuszony do emigracji do Moskwy, ponieważ życie w Soczi stało się do zniesienia, odkąd z gór zeszły głodne niedźwiedzie, którym zabrakło w okolicy czosnku niedźwiedziego, i opanowały miasto. Teraz Iwan Muminin wymachiwał portretem Władimira Władimirowicza, a wokół zgromadziła się grupka sąsiadów.
- Przed wyruszeniem nad rzekę należy zebrać drużynę! - krzyknął Iwan Muminin
- Masz mój podbierak! - zapewnił Ara Gornow
- I mój wzrok! - dodał Legolasow
- I moją pałkę! - przyrzekł Gimlow

Od razu zorientowałem się, że Iwan Muminin tworzy DrużBę, aby ochronić swój kraj przed nadpływającą odrą. Nawet rozdzielił już role w drużynie: Ara Gornow będzie podbierakowym, Legolasow - oceniającym, a krępy, korpulentny sąsiad Gimlow, zwany przez kolegów "krasnoludem" - zostanie ubijakowym. Tak wyposażeni Moskwicze ruszyli w kierunku rzeki, śpiewając swój hymn:
"Płynie płynie Oka, jak Wisła głęboka, jak Dunaj szeroka. Płynie płynie Wołga tak jak Odra rwąca, jak odra trująca".

Zrozumiałem, że Rosja jest w dobrych rękach.

8.11.2018 (13:39 czasu moskiewskiego)

sobota, 7 lipca 2018

wielki bankiet

Reprezentacja Rosji wbrew przewidywaniom znakomicie radzi sobie w piłkarskich Mistrzostwach Świata i dotarła już do ćwierćfinału. Aby uczcić taką okazję, prezydent Władimir Władimirowicz zdecydował się wyprawić wielki bankiet w swojej letniej rezydencji w Soczi. Zaproszono nań najwybitniejsze osobistości i najsłynniejszych celebrytów z całego świata, a blask uroczystości miał olśnić wszystkich niczym Koh-i-noor potraktowany spawarką.

Bankiet odbył się wczoraj i wpuszczono nań jedynie dziennikarzy związanych z koncernem medialnym Axel Springer Spaniel. Na szczęście udało mi się upić jednego z nich (był to akurat również Polak - niejaki Krzysztof Niebiec, który w Telewizji Polskiej pracuje jako potrójny agent) i w ten sposób zdobyłem identyfikator, dzięki któremu mogłem dostać się na imprezę.

Już na miejscu okazało się, że rozmach bankietu jest znacznie większy niż ktokolwiek się spodziewał. Gości przyjmowano nie tylko w przestronnych salach balowych letniej rezydencji prezydenta Rosji, ale również w jej ogrodach, które zajmują obszar sześciu boisk piłkarskich. Przepych wylewał się z każdego kąta, a dekoracje ociekały złotem tak bardzo, że służby sprzątające z firmy REJS (Russian and European Janitorial Service) nie nadążały z mopami, miotłami i wiadrami. Na każdym kroku stały stoły i mini-bary pełne najwytworniejszych alkoholi oraz najwykwintniejszego jedzenia. Jak okiem sięgnąć piętrzyły się stosy wszelkiego bogactwa, między którymi przechadzały się setki mężczyzn w eleganckich frakach i kobiet w garsonkach i sukniach od najsłynniejszych projektantów mody. Z głośników sączyły się podniosłe dźwięki "Swiaszczennajej Wojny". Na srebrnych tacach wysokoprocentowe trunki podawali eunuchowie z Uzbekistanu.

Na samym początku uroczystości, głos zabrał gospodarz imprezy, trzykrotnie stukając łyżeczką w kieliszek od szampana.
- Ja Władimir - rzekł prezydent - U mnie wszystko, co najlepsze! Jak kawior, to tylko z jesiotra albinosa. Jak wołowina, to tylko kobe. Jak spirytus, to tylko rektyfikowany. Jak goście, to tylko najmożniejsi. A jak się bawić, to tylko w mateczce Rosji! U nas w Rosji na bal czy bankiet, na którym pije się dużo napojów z podwójnym gazem mówimy, troszkę z angielska: GAZ PROM. Zatem korzystajcie z baru i bufetu, i zróbcie tu dziś w nocy prawdziwy gaz prom!

Zebrani odpowiedzieli gromkimi brawami i wznieśli uroczysty toast. A ja tymczasem mogłem rozejrzeć się wśród przybyłych. Faktycznie, kogo tu nie było! Przede wszystkim zjawili się najbardziej wpływowi politycy świata. Był prezydent USA Ronald Tramp i jego do niedawna wielki oponent Kim Dzong Dos - przywódca Korei Północnej. Pojawił się były prezydent Francji - Nicolas Ser Kozi, oraz obecny prezydent Polski - Andrzej Kobza. Nie mogło zabraknąć wielkiego przyjaciela prezydenta Rosji, czyli węgierskiej głowy państwa - Wiktora Urbana. O sympatię do Władimirowicza podejrzewany jest też prezydent Turcji - Czerep Doberman, który również zagościł na bankiecie. Brytyjską rodzinę królewską reprezentowała żona młodszego z książąt - Meghan Marple, która jeszcze niedawno, zanim poślubiła następcę tronu znana była jako panna Marple. Przybyli wreszcie goście z bardziej odległych i egzotycznych państw. Premier Japonii Shibainu Otoszuya, prezydent Iranu Mohammed ibn el-Falafel, czy nawet głowa państwa San Escobar - niejaki Antonio Sombrero wraz z małżonką LaBambą Lambadą.

Oczywiście na politykach zestaw znamienitych gości się nie wyczerpywał. Stawili się wybitni sportowcy, którzy już zakończyli karierę: angielski piłkarz Frank Gepart, południowoafrykański lekkoatleta Oscar Pastorius, czy amerykański kolarz Lance Awesome. Z honorami przyjęta została znakomita rosyjska himalaistka Anna Purna. Ponieważ jednak bankiet towarzyszył piłkarskim mistrzostwom świata, w sposób szczególny wyróżniono obecnych piłkarzy. Prezydent Władimir Władimirowicz zdecydował się zaprosić na imprezę kapitanów wszystkich reprezentacji uczestniczących w "Mundialu". Byli obecni zatem:
- Joao Putinho - kapitan reprezentacji Brazylii
- Jesper Putinsen - kapitan reprezentacji Danii
- Ahmed el Putini - kapitan reprezentacji Egiptu
- Kim Put-In - kapitan reprezentacji Korei Południowej
- Gerard Putineu - kapitan reprezentacji Francji
- Mirko Putinić - kapitan reprezentacji Chorwacji
- Masahiko Putinoshi - kapitan reprezentacji Japonii
- Cristiano Putineo - kapitan reprezentacji Portugalii
- Kelechi Putimba - kapitan reprezentacji Nigerii
- Manuel Pütiner - kapitan reprezentacji Niemiec
- Darko Putinović - kapitan reprezentacji Serbii
- Andres Putiniesta - kapitan reprezentacji Hiszpanii
- Mohammed al Putinea - kapitan reprezentacji Arabii Saudyjskiej
- Sebastian von Putinthal - kapitan reprezentacji Szwajcarii
Właściwie zabrakło tylko kapitana reprezentacji Polski, któremu trener kadry Adam Rozwałka zabronił pojawić się na uroczystości.

To jednak wciąż nie koniec! Oprócz polityków i sportowców, bankiet zaszczyciła ponad setka wybitnych osobistości i celebrytów z całego świata. Licznie reprezentowani byli pisarze. Nie mogło zabraknąć rzecz jasna Pablo Koalio de Zołzy. Przybył również słynny Amerykanin Martin R.R.R. George, twórca sagi "Pleśń sodu i ognia", oraz opartego na jej podstawie serialu "Gra o trąd". Z Polski przyjechał wzięty autor kryminałów o komisarzu Froście i adwokat Zmyłce - Remigiusz Upał. Nie zabrakło Daniela Brauna, autora obrazoburczej powieści "Kot Leonarda da Vinci". W ekranizacji tej książki zagrał słynny hollywoodzki aktor Tom Thanks (laureat wielu Oscarów, Cezarów i Złotych - za przeproszeniem - Kaczek), który również pojawił się na bankiecie, ale na każde pytanie czy podać mu coś do jedzenia lub picia, odpowiadał: "No, thanks!".

Dostrzegłem również przedstawicieli innych profesji. Zjawili się znakomici włoscy projektanci mody - bracia Giorgio i Emporio Armani. Prywatnym wahadłowcem przyleciał amerykański wizjoner Ilon Mózg, wraz z żoną Iloną. Ponoć sam Władimir Władimirowicz miał do niego osobistą prośbę, aby na orbicie okołoziemskiej umieścił on ulubionego moskwicza prezydenta Rosji, wraz z czerwonoarmistą za kierownicą. Na bankiecie pojawił się też wybitny historyk - profesor Hero d'Ot, amerykański specjalista od zamków i szyfrów - Halli Burton, znakomity rosyjski lekarz - doktor Grigorij Domow, czy wreszcie brytyjski ekspert od teorii spiskowych - David Igrecke. Licznie reprezentowana była Polska. Przybył ceniony i nagradzany ostatnio reżyser Gaweł Gawlikowski, znany satyryk Artur Andrut, oraz Darek Adamski (ksywka: "Narwal"), wokalista deathmetalowego zespołu Hegemon. Widziano też inną znaną reżyserkę - Agnieszkę Niderland.

Pojawił się również najwyższy kapłan rosyjskiego oddziału kościoła Rycerzy Jodu - Lukoil Niebołazow. Przybył brytyjski aktor Craig Daniel, który promował najnowszy film o przygodach agenta 077 pt. "Śmieć nadejdzie jutro", w którym gra on główną rolę (a reżyseruje nie mniej znany Steven Bergspiel, również obecny na bankiecie). Na chwilę wpadł aktor i polityk Arnold Weissenigger, który musiał szybko opuścić imprezę, bo stwierdził, że "napracował się ostatnio jak biały Murzyn", ale na odchodne dodał: "I'll be back!".

Tymczasem goście po skosztowaniu wszystkich dostępnych dań i alkoholi, zaczęli trochę się nudzić. Ronald Tramp i Kim Dzong Dos zabawiali się strzelaniem z rewolweru w kierunku guzika atomowego. W kuluarach szalony chiński wynalazca Szi Tsu prezentował swój najnowszy wynalazek - wytrzymały i wodoodporny pokrowiec na stół do tenisa ziemnego. Pablo Koalio de Zołza podpisywał egzemplarze swojej najnowszej książki "Na progu sklepu Biedry usiadłem i płakałem". W kolejce do Pablo natknąłem się na byłego prezydenta Polski - Aleksandra Zasadniewskiego, który przyznał, że jest oczarowany zawartością bufetu. Po czym odszedł lekko zataczając się i śpiewając pod nosem: "They tried to make me go to rehab, but I said: NO, NO, NO...". Tymczasem w innej części sali David Igrecke zgromadził wokół siebie grupkę ludzi i przekonywał ich, że ludzkością rządzi rasa kosmicznych istot - Gadzilian (którym przewodzi niejaki Gadzilla) i że ponad połowa zebranych na tym bankiecie, to w istocie nie ludzie, tylko właśnie przedzierzgnięci w nich Gadzilianie.

Nagle dobiegły jakieś awanturnicze odgłosy od strony kuchni. Oto prezydent Tramp celował z rewolweru w ubranego na biało mężczyznę, którym okazał się nadworny kucharz "Mundialu" - Adalbert Amarow. Natychmiast podbiegł tam prezydent Władimir Władimirowicz.
- Szto eto za chryja? - zapytał zdenerwowany
- Watch this! - Tramp wskazał na biały proszek w worku niesionym przez Amarowa - I know this. It's anthrax*! He's a terrorist! - wymierzył oskarżycielsko w kucharza
- Noł, noł anthrax! - zawołał Władimirowicz - Anthrax je amerykanska metalowa kamanda, moja babuszka ich słucha. A to... - zanurzył nos w worku - Eto je mąka. Mąka Orkiszowa. Mojego kamarada - Borysa Orkiszowa. Charaszo!

Po tym, jak prezydent Rosji rozładował groźnie wyglądające zdarzenie, ponownie wziął mikrofon i zapowiedział, że za chwilę zostanie podany obiad, a potem nastąpi część artystyczna. Aby do tego czasu umilić czas gościom, Władimir Władimirowicz postanowił, że weźmie się za bary z niedźwiedziem. Ten ciekawie zapowiadający się pojedynek, szybko jednak stracił na atrakcyjności. Wprawdzie w barze sałatkowym jeszcze zwyciężył niedźwiedź, ale już w barze mlecznym rywalizacja się wyrównała, a w barze alkoholowym zdecydowanie mocniejszą głowę utrzymał Władimir. Wówczas zupełnie siadło napięcie, bo zdenerwowany porażką niedźwiedź cisnął w ścianę kostkarką do lodu i wywaliło bezpieczniki. Ciemności jednak dodały uroku wjeżdżającemu właśnie na salę płonącemu daniu głównemu, czyli potrawie pod nazwą Chicken Kiev, znaną na świecie jako kotlet de volaille. W Rosji jednak używa się raczej pierwszego z określeń, co można tłumaczyć nie tylko jako "kurczak po kijowsku", ale też jako "tchórzliwy Kijów". Gdyby na sali był obecny ambasador, lub ktokolwiek z establishmentu ukraińskiego, niechybnie doszłoby do skandalu dyplomatycznego. Na szczęście nie było jednak nikogo takiego, a najbliższe związki z Ukrainą zdawał się mieć były polski bramkarz Radosław, który na imprezę przybył wraz ze swoją perfekcyjną żoną - Małgorzatą Rodzynek.

A potem elektrycy naprawili już prąd i można było rozpocząć część artystyczną. Konferansjerem był lubiany rosyjski aktor Iwan McGregor. Najpierw wystąpił polski kabaret pod nazwą Antoni and the John Sons, który tworzą były polski minister obrony oraz dwaj synowie byłego polskiego ministra środowiska. Ich monologi o sztucznych mgłach, gigantycznych magnesach ściągających na ziemię lecące samoloty, czy kornikach pożerających eksplodujące parówki rozbawiły do łez wszystkich zgromadzonych.

Następnie na scenie pojawił się słynny iluzjonista David Cloverfield, który poprosił o jednego ochotnika z publiczności, a potem - na oczach tłumu - zamienił go w potwora z kosmosu (ale innego niż Gadzilla)

Potem Anatolij Kaszmirowski swoim przedstawieniem zahipnotyzował zebranych...

... aż wreszcie zabrzmiała muzyka! Znów przygasły światła, a z sufitu zjechała olbrzymia kula dyskotekowa, wykonana z materiałów ze stacji orbitalnej MIR i świecąca w barwach rosyjskiej flagi. I rozpoczęła się dyskoteka. Śpiewali wybitni artyści: najpierw idol nastolatek Bruno Wenus, potem przedstawiciel gatunku disco ruso - Brajan Adams, a następnie rosyjska królowa muzyki pop - Lady Draga. Było też bardziej refleksyjnie - czyli zespół Mikołaj Jaskinia i Złe Ziarna. I było też coś dla fanów ciężkich brzmień - zespół Sałaton, który powermetalowe dźwięki łączy z ekologicznym przesłaniem.

I tak bankiet trwał do białego rana, dłużej niż słynne petersburskie białe noce. Aż strach pomyśleć co będzie się działo, gdyby Rosja wygrała mistrzostwa świata... Być może właśnie takie wydarzenie przepowiedział przed laty słynny holenderski filozof Szopen Hauer (pradziadek aktora znanego z filmu "Łowca androidów", opowiadającego o złodziejach smartfonów), gdy proroczo pisał: "więc zróbmy prywatkę, jakiej nie przeżył nikt".

7.07.2018 (01:25 czasu moskiewskiego)

* anthrax (ang.) - wąglik 


PS. Wszystkie wydarzenia, osoby i cytaty są fikcyjne. Ich podobieństwo do wydarzeń, osób i cytatów realnych jest zamierzone, a wręcz pożądane. 

piątek, 25 maja 2018

Russian Horror Story

Najgłośniejszym wydarzeniem ostatniego tygodnia był niewątpliwie uroczysty ślub w brytyjskiej rodzinie królewskiej. Nieco mniejszym echem odbiła się w mediach informacja o tym, że Książę Harry i jego Małżonka zamieszkają w pałacu, w którym ponoć straszy. A dodatkowo otrzymają również posiadłość, która także uważana jest za nawiedzoną. Złośliwi twierdzili, że to swego rodzaju zemsta w białych rękawiczkach ze strony Królowej, która ma nie przepadać za amerykańską wybranką serca swojego wnuka.

Zostawmy jednak na boku dworskie intrygi w królestwie brytyjskim. Cała ta sprawa z nawiedzoną posiadłością książęcych nowożeńców zmusiła mnie do zastanowienia się, czy również w Rosji można liczyć na tego typu straszne historie. Na piłkarskie Mistrzostwa Świata przyjadą przecież tysiące kibiców z całego świata. Będą nocować w różnych miejscach, hotelach, ale i starych kamienicach, prywatnych domach, położonych na uboczu motelach... Może w którymś z nich również "straszy"? Może o północy można zaobserwować niewytłumaczalne manifestacje sił nie z tej ziemi? Czasem coś świśnie, czasem coś gwiźnie, coś się pojawi w samej bieliźnie...?

Długo myślałem, gdzie w Rosji rozpocząć poszukiwania nadprzyrodzonych fenomenów. Wreszcie, skierowałem swe kroki do Ministerstwa do Spraw Nadzwyczajnych. Ponury gmach przy moskiewskim Prospekcie Łomonosowa przywitał mnie mosiężną bramą zamkniętą na zamek marki YETI. Aha! - pomyślałem - jestem we właściwym miejscu. Skoro wiedzą tu coś o tajemniczych Człowiekach Śniegu, to o duchach i zjawach tym bardziej.

Na widok legitymacji dziennikarskiej wyszedł do mnie sam rzecznik prasowy ministerstwa, poprosił o pytania na piśmie, po czym zniknął na pół godziny, by wreszcie powrócić z kartką papieru zapisaną w nie więcej niż połowie. Tekst głosił: "Strasznie nam przykro, ale nie jesteśmy - jako Ministerstwo do Spraw Nadzwyczajnych - kompetentni do udzielania informacji na temat bytów i zjawisk nadprzyrodzonych. Nie posiadamy wiedzy, aby takie zjawiska manifestowały się na terenie naszego państwa. Pragniemy również podkreślić, że Rosja jest krajem, w którym dominuje światopogląd materialistyczny, zgodnie z którym duchy i im podobne fenomeny są wymysłem ludzkiej wyobraźni. Toteż drążenie tego tematu może skończyć się przerażającym nieporozumieniem i okropnymi konsekwencjami w jego wyniku." 

Mimo groźby niezbyt zręcznie zakamuflowanej w ostatnim zdaniu ministerialnej notki, nie porzuciłem tematu. W międzyczasie wpadł mi bowiem do głowy nowy pomysł. Kreml! Liczący sobie kilkaset lat olbrzymi kompleks zamkowo-pałacowo-sakralny. Kazamaty, lochy, komnaty, wielkie sale balowe, grube mury, wieże, krużganki i niekończące się korytarze. Gdzie ma straszyć, jeśli nie właśnie tam! Czym prędzej udałem się więc na Kreml, gdzie w niedługim czasie udało mi się załatwić spotkanie z dyplomowaną panią przewodnik - Ludmiłą Bedekerową.
- Od jak dawna oprowadza pani turystów po Kremlu? - zapytałem na początku
- Ho ho ho...! - odpowiedziała Bedekerowa - A może i dłużej...
- W takim razie na pewno pani będzie wiedziała, czy coś ten pałac nawiedza?
- A jakże! Pewnie, że nawiedza - przyznała ochoczo - Czasem nawiedza nas kontrola z Ministerstwa Kultury, czasem z Ministerstwa Finansów, a bywa że i z samej Kancelarii Prezydenta.
- Nie, nie, nie o takie nawiedzanie mi chodzi! - przerwałem jej
- Aaa, to batiuszka z Soboru Zwiastowania, albo i z Cerkwi Wasyla Błogosławionego też nawiedzi nieraz.
- Nie... Mi chodzi o innego rodzaju odwiedziny - próbowałem dalej - Byty eteryczne... Duchy...
- Ja nie rozumijem...
- No duchy... jak to jest po rosyjsku...? - kombinowałem - Duch... Spirit...
- Aaa, spiryt! - oczy przewodniczki rozbłysnęły zrozumieniem - Jak spiryt to nie do tej osoby pan przyszedł. Spiryt sprzedaje Iwan, na dole w komnacie kata. Trzeba zejść od bramy głównej po schodach w dół, potem skręcić w lewo przy szubienicy i w prawo przy pręgierzu. Jak pan minie studnię samobójców i cmentarz wisielców, to już pan zobaczy wejście do lochów, gdzie jest komnata kata. I niech pan pamięta, że płaci się tylko kryptowalutą.
- Nie taki spiryt miałem na myśli - poprawiłem się - Duch, spirit, ghost... A zresztą... To może na przykład zombie?
- A co to jest?!
- Zombie to jest... no... martwy człowiek, który nie jest zakopany w ziemi, tylko...
- A, tak! - rozpromieniła się - To trzeba z drugiej strony podejść, od Placu Czerwonego. Tam jest taki duży budynek, ma napisane "Mauzoleum" i tam, w środku leży ten co o nim pan mówi.

W tym momencie uznałem, że dalsza rozmowa nie ma sensu. Zwłaszcza, że wpadł mi do głowy kolejny pomysł. Zrozumiałem bowiem, że nikt oficjalnie nie przyzna, że jakiekolwiek nadprzyrodzone zjawiska występują w Rosji na kilka tygodni przed "Mundialem". Nieważne czy zapytam kogoś z administracji rządowej, czy z instytucji kultury lub nauki, gdyż wszystkie i tak są kontrolowane przez państwo. Musiałem poszukać głębiej. Odpaliłem Deep Łeb, natychmiast zalogowałem się na mroczną wersję Facebooka, czyli Book Of Shadows, i wpisałem pytanie, z którym od rana tułałem się po rosyjskiej stolicy. Już po kilku minutach dostałem pierwszą odpowiedź. Użytkowniczka o nicku "Wiedźma Blerowa" przysłała mi logo moskiewskiego ZOO i tekst: "Podążaj za bielym krolikiem". Złapałem więc taksówkę rosyjsko-pakistańskiej korporacji "Ali Ekspres" i poprosiłem o kurs do ZOO. Tam udałem się w kierunku klatek z zającami i królikami. Na jednej z nich znalazłem doczepioną kartkę formatu A4 z ręcznie wpisaną informacją, że "biały królik Frank w tej chwili przebywa na wewnętrznym wybiegu". Poszedłem w kierunku, który wskazywała mi krzywo, jakby trzęsącą się ręką, narysowana strzałka. Gdy znalazłem się między budynkami, nagle ktoś narzucił mi worek na głowę, wciągnął przez jakieś drzwi i poprowadził krętymi schodami w dół...

Gdy wreszcie zdjęto mi z głowy worek, zobaczyłem że znajdujemy się w jakiejś piwnicy, której każdy metr kwadratowy pokryty był dokumentami, gazetami i segregatorami. Segregatory znajdowały się również na okalających ściany regałach, których półki uginały się pod ciężarem papieru. Wnętrze oświetlała tylko jedna, upiornie kołysząca się, łysa żarówka. Na środku pomieszczenia stało naprędce sklecone biurko ze sklejki. Na biurku stał komputer Commodore C-64 z kineskopowym monitorem o przekątnej ekranu 13 cali. Przy nim siedział zgarbiony chłopak w okularach grubych jak denko od butelki oficjalnej wódki "Mundialu", czyli Wódki Witalija Wyborowa.
- To jest Fox Murder - usłyszałem głos zza pleców. Za mną stała z kolei dziewczyna w podobnym wieku, o kruczoczarnych włosach.
- A ja jestem Wiedźma Blerowa - przedstawiła z kolei siebie - Oczywiście to nasze pseudonimy. Nigdy nie dowiesz się, jak nazywamy się naprawdę.
- Dlaczego właśnie Fox Murder? - zainteresowałem się ksywką chłopaka
- To jedna z tych spraw, które nigdy nie ujrzały światła dziennego - ożywił się młody - W okresie rządów Nikity Chruszczowa założono w Związku Radzieckim mnóstwo hodowli lisów. Lisy hodowano na futra, a przede wszystkim na ogony. Wszystko działo się bowiem w ramach akcji "Kity dla Nikity". Krzyżowano ze sobą lisy srebrne, rude, polarne... Ale po odejściu Chruszczowa, hodowle zaczęły obumierać. Nie dbano o klatki, lisy coraz częściej uciekały. Aż w końcu pewien lis biały nie tylko wydostał się z hodowli, ale jeszcze potem, już na wolności, skrzyżował się z krukiem. Z tego związku narodził się tylko jeden potomek, ale jaki! Wyglądał jak lis, ale był cały czarny, miał skrzydła i pazury jak szpony. No i umiał latać! Latający lis siał trwogę w sześciu obwodach. W 1983 roku, w wiosce Wulpesowo, zamordował czternastu żołnierzy Armii Czerwonej oraz sześciu mieszkańców, a co ciekawe byli to sami kanciarze i złodzieje. Przy każdym ciele zostawił wyryty w ziemi pazurem znak litery "Z". Potem już więcej go nie widziano. Podobno kilka lat później trafiono na jego ślady w Hiszpanii i Kalifornii...
- Ale do rzeczy! - przerwała opowieść Wiedźma Blerowa - Nie przyszedłeś tutaj słuchać o morderczych lisach...
- ... były też szalone jeże, pijane zające i zabójcze ryjówki - wtrącił Fox Murder
- Nie! Oczywiście, że nie! - przyznałem, po czym szczegółowo wyjaśniłem powód, dla którego szukam informacji o duchach, upiorach i nawiedzonych miejscach w Rosji. Wiedźma i Fox spojrzeli po sobie, po czym przyznali, że tego typu informacje są w Rosji od dawna tuszowane i zamiatane pod dywan. W oficjalnym obiegu próżno szukać takich doniesień. Na szczęście oboje, przy użyciu najnowocześniejszego sprzętu komputerowego, od kilku lat zbierają i badają takie zjawiska. Poprosiłem zatem o jakieś niezwykłe przykłady dla potrzeb mojego artykułu, dla polskich czytelników mojego bloga. Fox i Wiedźma zgodzili się od razu, wierząc, że im większy rozgłos, nawet poza granicami kraju, tym większy sens zyska ich praca. Dziewczyna zdjęła zaraz z regału czarny segregator, w teatralny sposób zdmuchnęła z niego około trzech kilogramów kurzu, otworzyła, po czym zaczęła czytać:
- Grupa studentów udała się na obóz w... Zaraz... Blad! - zaklęła Wiedźma Blerowa - Sorry, wzięłam amerykański segregator zamiast rosyjskiego...
Po chwili szukania mieliśmy już przed sobą właściwą teczkę. Wiedźma i jej partner rozłożyli archiwa na biurku i zerkając co chwilę na materiały, zaczęli opowiadać. Oto ich opowieść...

W centralnej Rosji, w regionie Mordowia, w pobliżu Sarańska, było sobie miasteczko Dwuszczytowo. Niczym nie wyróżniająca się osada, umieszczona pośród gęstych lasów, ciche miejsce, do którego prowadziła jedna zagubiona autostrada. Kilka kilometrów od granic miasta stał dom w głębi lasu. Kiedyś znajdował się w nim sierociniec. Potem przez wiele lat dom niszczał. Mimo to mieszkańcy Dwuszczytowa czuli tam jakąś obecność. Podobno nocami słychać było dziwne odgłosy. Raz jęki, innym razem płacz dziecka... Mawiano, że domu pilnują wilkołaki, że kręci się w pobliżu kobieta w czerni.... Nikt jednak nie zdecydował się tego zbadać. Pewnego dnia, jeden z mieszkańców miasteczka, dwudziestolatek Fiodor Krugerow, o którym mawiano, że ma szósty zmysł, postanowił przerwać zaklęty krąg milczenia i oszukać przeznaczenie. W piątek trzynastego wziął nóż, poszedł do lasu i ślad po nim zaginął. Dziwne zjawiska jednak wkrótce potem również ustały.

Tak minęło spokojnie niemal dwadzieścia lat. Wtedy w mieście zaczęło ponownie dziać się coś dziwnego. Mieszkańcy zaczęli być atakowani przez nieznane istoty. Mężczyzn napadał tajemniczy lokator kolektorów ściekowych - wciągał swoje ofiary przez kratki ściekowe i pożerał. Ludzie natychmiast nadali mu przydomek Hannibal Kolektor. Kobiety z Dwuszczytowa również nie mogły się czuć bezpiecznie. Im zagrażał bowiem nieuchwytny maniak seksualny, które zarażał je chorobami przenoszonymi drogą płciową. Ponieważ większość napadniętych zeznała, że zamaskowany złoczyńca, zwany Kubą Zatruwaczem, mówił z wyraźnym włoskim akcentem z okolic Florencji, sarańskie media relację z Dwuszczytowa zatytułowały: "Toskańska masakra kiłą weneryczną". Poza tym, w różnych miejscach miasta widywano potężnego jakby pająka, wspinającego się na ściany bloków z wielkiej płyty. Dzieci, które widziały go najczęściej, mówiły o nim: slender-czławiek.

Do walki z tymi incydentami wezwano najpotężniejsze siły, jakimi dysponowała Rosja. Z Moskwy przybył doborowy oddział znany jako Nieustraszeni Pogromcy Duchów, pod dowództwem Bila Marejowa i Denisa Ajkrojdowa. Z wyspy na Morzu Kaspijskim ściągnięto w trybie pilnym doktora Moro. Naukowiec akurat miał przerwę w swoich eksperymentach, jakie tam prowadził, skończył bowiem właśnie oswajać Zwierzo-ludzi i zamierzał odpocząć zanim zabierze się za Roślino-ludzi. Żaden z tych specjalistów nie dał jednak rady schwytać sprawców tajemniczych ataków w Dwuszczytowie. Mieszkańcy stracili już nadzieję, że uda się to powstrzymać i uznali, że nad miasteczkiem zawisł omen.

Był ostatni weekend listopada. Traf chciał, że właśnie wtedy do Dwuszczytowa przybył z Sankt Petersburga niejaki Michaił Majersow, hokeista klubu SKA Sankt Petersburg, a prywatnie daleki kuzyn zaginionego przed laty Fiodora Krugerowa. Chciał on odnaleźć jakiekolwiek znaki po dawno zapomnianym członku rodziny. Zatrzymał się w motelu przy ulicy Wiązów, który prowadziła babuszka Batesowa. Następnego dnia zrezygnował jednak z pokoju, twierdząc, że coś tam dybie na jego życie i prawdopodobnie jest to dybuk. Poza tym, i tak nie mógł się wyspać, bo w sąsiednim pokoju grymasiło dziecko Rosemary, piętro niżej rodzina z Medeiros urządziła sobie ucztę, a w apartamencie naprzeciw zatrzymał się afrykański wytwórca lalek, Zulus Czaka. Nie dość, że długo wieczorem hałasował dłutem, to jeszcze w nocy laleczka Czaki miała ożyć i z piskiem rzucić się na Majersowa. Uwagę babuszki Batesowej, że może to po prostu mysz zaplątała się w lalkę, hokeista skwitował grobową miną.

Majersow miał zamiar wynająć przewodnika i ruszyć w las, szukać śladów po zaginionym Fiodorze Krugerowie. Gdy jednak szedł główną ulicą Dwuszczytowa, nagle wydarzyło się coś nieoczekiwanego. Ponad wierzchołkami drzew błysnęło dziwne lśnienie, a chwilę potem nad miasto nadleciały przerażające ptaki. Za moment tajemnicza mgła osnuła wszystkie ulice, a z lasu wyszła armia tajemniczych postaci. Na jej czele, na pokracznym trzykołowym rowerze, jechał upiorny człowiek o bladej twarzy, czerwonych oczach i również czerwonych spiralach na policzkach.
- Dziksoł! - krzyknął ktoś na jego widok (mając pewnie na myśli słowo "dzikus"), a w tej samej chwili córka burmistrza, Annabelle, z przerażenia potknęła się i wpadła do studni.
Tymczasem za tajemniczym jeźdźcem maszerowała armia młodych ludzi o srebrnobiałych włosach i bezwzględnych obliczach. Każdy z nich trzymał w ręku kolbę kukurydzy.
- Inni! Obcy! Dzieci Kukurydzy! - wrzeszczeli mieszkańcy Dwuszczytowa na ten widok, przekonani, że oto nadeszła noc żywych trupów. Niektórzy przypomnieli sobie klątwę, jaką rzucił Fiodor Krugerow, który zanim wyruszył na swoją straceńczą wyprawę, odgrażał się, że jeśli nie wróci z lasu, a nikt nie udzieli mu pomocy, w Halloween 20 lat później miasteczko zamieni się w wioskę przeklętych. W Dwuszczytowie zapanowała psychoza, rozpętało się piekło. Ludzie tratowali się wzajemnie w ucieczce, chwytali za broń, siodłali konie i odpalali zaporożce. Sytuację pogarszał fakt, że ze studni wygramoliła się córka burmistrza. Gęsty szlam zlepił jej czarne włosy z przodu tak, że nie tylko nie mogła ich odgarnąć, ale też nie widziała nic przed sobą. Wściekła, chwyciła za sześciocalowy nóż i zaczęła nim ciąć na oślep. Ponieważ nie mogła polegać na wzroku, skupiła się na bodźcach słuchowych. Każdy, komu nagle zadzwoniła komórka, stawał się celem dziewczynki i natychmiast ginął.

Wszystko zakończyłoby się jeszcze krwawszą jatką, lecz w ostatniej chwili Michaił Majersow rozpoznał w tajemniczym przybyszu na rowerze swojego kuzyna - Fiodora Krugerowa. Niedługo potem ci mieszkańcy, którzy zostali przy życiu, mogli wysłuchać relacji cudownie odnalezionego Krugerowa.
"Błądziłem przez kilka dni po gęstwinach, aż wreszcie odnalazłem dom w głębi lasu. Przez kilka dni obserwowałem dom, aż w końcu wślizgnąłem się do środka. Wówczas wszystko stało się jasne. Dom był tak naprawdę miejscem uciech dla towarzyszy z Kremla, którzy więzili tam prostytutki i zabawiali się z nimi w święta państwowe. Stąd te jęki. Gdy czasem któraś z tych dziewczyn urodziła dziecko, wynoszono je za bramę i układano na specjalnym kamieniu, skąd najpóźniej po kilku godzinach znikało. Stąd ten płacz. Terenu posiadłości pilnowali słabo wyekwipowani agenci KGB. Od siedzenia na zimnych posadzkach dostali "wilka". Stąd te wilcze odgłosy "auuu!". A kobieta w czerni to opiekunka prostytutek, która cierpiała na somnambulizm i lunatykowała przy pełni księżyca...
Kiedyś zaczaiłem się przy tym kamieniu i zauważyłem, jak porzucone dziecko zabiera siwy starzec z długą brodą. Poszedłem za nim i dowiedziałem się, że dziadek nazywa się Mróz. Mieszka w pobliżu i wraz z babuszką Agafią opiekują się tymi niechcianymi niemowlakami. Dodał, że sprawia im to wielką radość, bo sami nie mają już żadnej rodziny, a ukochany jedyny wnuk odwiedza ich bardzo rzadko, ponieważ pracuje w Polsce, gdzie jest pisarzem i wydaje cztery książki rocznie, a bywa, że i sześć. Zapytałem, dlaczego nigdy nie sprzeciwił się temu procederowi, który ma miejsce w domu w głębi lasu. Powiedział, że oboje z babuszką są na to za słabi, muszą się opiekować porzuconymi dziećmi i uprawiać poletko kukurydzy. Dlatego postanowiłem działać. Pożyczyłem od dziadka Mroza psa Baskerville'ów i pewnego razu, pod osłoną nocy, napadłem na dom uciech. Nie zastałem jednak komunistów ani prostytutek. Zamiast nich rezydował tam teraz szalony naukowiec, doktor Iwan O.Frankowsk. W opuszczonym domu przetrzymywał on Spider-Mana, którego KGB porwało ze Stanów Zjednoczonych w akcji pod kryptonimem "Czerwony Pająk". Iwan O.Frankowsk za pomocą inżynierii genetycznej dosztukował mu gigantyczne odnóża, a planował jeszcze przeszczepić mu skrzydła synogarlicy i tak wyszukane monstrum sprzedać Armii, na potrzeby wojny w Zatoce Perskiej. Na szczęście pokrzyżowałem niecne plany szalonego naukowca. Wypuściłem Spider-Mana, który pomknął w kierunku Dwuszczytowa i pewnie nieraz go tam widziano... Ja tymczasem z pomocą psa Baskerville'ów pobiegłem w przeciwnym kierunku. Niestety, zabłądziłem, a pies mi uciekł. W nocy zrobiło się potwornie zimno, od mrozu zbladła mi skóra twarzy, a naczynia krwionośne poskręcały się i stąd te spirale na policzkach. Po kilku dniach znalazłem wrak MIG-a 29 i z części rozbitego samolotu zrobiłem sobie ten rowerek. Potem jechałem przez jakieś wyżyny, gdzie akurat robaczki świętojańskie miały okres godowy. W nocy świeciło się tak bardzo, że wydawało mi się, że wzgórza mają oczy. Wkrótce potem napadł mnie kruk i wydziobał mi moje własne oczy. Wreszcie, znalazł mnie dziadek Mróz. Przeszczepił mi gałki oczne od jakiegoś przygodnie pochwyconego komunisty. Dlatego takie czerwone, a jak je odpowiednio zmrużyć, to widać nawet Marksa i Engelsa. W dowód wdzięczności zamieszkałem z dziadkiem Mrozem. Przez wiele lat pomagałem im dbać o dzieci, uprawiać kukurydzę, brałem piłę i szedłem do lasu po drzewo. Aż wreszcie któregoś dnia doszły nas słuchy o kłopotach w Dwuszczytowie. Pomyślałem, że trzeba ruszyć wam na ratunek, oddać wam ostatnią przysługę. Zwołałem dzieci, które już wydoroślały, mówię im: bierzcie po kukurydzy, bo nic innego nie mamy, i idziemy pomóc mojemu miastu na do widzenia..."


W tym momencie opowieść Foxa Murdera i Wiedźmy Blerowej urwała się.
- Wciąż zbieramy materiał... - usprawiedliwiali się - Ale raczej na artykuł ci wystarczy to, co już wiesz?
- O tak! - zapewniłem, mówiąc że z tego będzie zatrważający tekst.
Nagle żarówka zamigotała, a dziwny powiew wiatru przemknął nam po stopach. Moi towarzysze rozejrzeli się niepewnie.
- Musisz już iść... - szepnęła Wiedźma Blerowa
- A jak będziesz pisał ten artykuł... - dodał Fox Murder - ... to kibicom jadącym do Rosji na "Mundial" przypomnij, że ani Kuba Zatruwacz, ani Hannibal Kolektor nigdy nie zostali złapani...

25.05.2018 (15:04 czasu moskiewskiego)

PS. Wszystkie wydarzenia, osoby i cytaty są fikcyjne. Ich podobieństwo do wydarzeń, osób i cytatów realnych jest zamierzone, a wręcz pożądane. 

piątek, 18 maja 2018

ostry dyżur

Na piłkarskie Mistrzostwa Świata do Rosji przyjadą tysiące kibiców z całego świata. Jak w przypadku każdej imprezy masowej, aby zapewnić bezpieczeństwo takim rzeszom ludzi, niezbędna będzie sprawna, szybko reagująca i profesjonalna służba medyczna. Poziom opieki medycznej w Rosji nigdy nie był powodem do dumy dla tego kraju. Czy teraz, w przeddzień wydarzenia o globalnym zasięgu, coś się w tej kwestii zmieniło? Postanowiłem to sprawdzić.

W tym celu najpierw udałem się do siedziby rosyjskiego Ministerstwa Zdrowia i Choroby. W posępnym budynku przy Prospekcie Łomonosowa przyjął mnie Borys Pastewniak, wiceminister w tym resorcie. Umówiłem się na rozmowę właśnie z nim, ponieważ człowiek ten jest pomysłodawcą wdrożonej niedawno reformy systemu opieki zdrowotnej w Rosji. Poprosiłem go, aby przybliżył krótko założenia tej reformy.
- Cóż, cała koncepcja jest bardzo prosta - wyjaśnił minister Pastewniak - I opiera się na podziale wszystkich lekarzy funkcjonujących w ramach systemu na trzy główne kategorie. Jest więc po pierwsze Doktor Żywego, czyli coś jak u was, w Polszy, lekarz pierwszego kontaktu, rodzinny. Potem jest Doktor Ledwo Żywego, czyli wszelkiego rodzaju specjaliści, od okulistów po onkologów. Trzecią i ostatnią kategorię stanowi Doktor Martwego, czyli anatomopatolog. Jak pan widzi, cały system jest prosty i przejrzysty.
- Zgoda - przyznałem - Ale system to przecież nie wszystko. Nawet najlepiej przemyślany system nie uratuje ludzkiego życia, gdy nie ma w tym systemie dobrej klasy specjalistów.
- To prawda - potwierdził minister - Zaręczam jednak, że i pod tym względem wiele się w Rosji zmieniło przez ostatnie lata. Pracuje u nas wielu światowej klasy lekarzy, wybitnych specjalistów w swojej dziedzinie. Swoje kliniki mają u nas między innymi:
  • Doktor Hu - wybitny znawca medycyny chińskiej. Sędziwy człowiek, z niejednego woka ryż jadł. Niestety, również trochę dziwak. Rejestrować się do niego na wizytę można tylko i wyłącznie w specjalnej budce telefonicznej.
  • W okolicach Soczi działa Doktor z Alpejskiej Wioski, który leczy podagrę przy użyciu mleka od specjalnie hodowanej rasy fioletowych krów.
  • Z kolei w Kubrykowie Doktor Dziwnoljubow prowadzi klinikę dla emerytowanych wojskowych.
  • Niedaleko Jekaterynburga praktykę prowadzi Doktor Pepper, który leczy zaburzenia odżywiania.
  • W Sankt Petersburgu działa Doktor Queen, znakomity psychiatra, koncentruje się na leczeniu urojeń wielkościowych.
  • Natomiast w Sarańsku, stolicy regionu Mordowia, swoje centrum ma Chirurgia Szczękowa. Twórcą tej kliniki jest wybitny ortopeda-traumatolog, doktor Siergiej Szczękow.
  • W Rosji pracuje również Niemiec, doktor Erich Etker, który leczy cukrzycę typu piątego i szóstego, przy pomocy ultradźwięków.
  • Często gości u nas również świetny laryngolog z Tirany - Doktor Alban, którego domeną są zaburzenia słuchu.
  • Jest jeszcze emerytowany specjalista z Polski - Doktor Wilczur, niekwestionowany specjalista w leczeniu powikłań po wściekliźnie.
  • A na sam koniec oczywiście najwybitniejsza medyczna osobowość Rosji, najlepszy diagnosta na świecie - doktor Grigorij Domow.
Dowiedziałem się jeszcze od ministra, że jeśli chcę na własne oczy zobaczyć, jaki postęp dokonał się w Rosji w zakresie medycyny, powinienem osobiście udać się do jednej z wymienionych klinik. Borys Pastewniak zapewnił, że wystarczy jego jeden telefon i podpowiedział, że najlepszym wyborem będzie właśnie klinika, w której pracuje doktor Domow. Także dlatego, że znajduje się niedaleko, bo na przedmieściach Moskwy, w Plejnsborowie, przy ulicy Księcia Tona, zatem można tam dotrzeć taksówką w mniej niż pół godziny.

Nie zastanawiając się długo, poprosiłem ministra o telefon do tej właśnie kliniki. W międzyczasie zamówiłem sobie taksówkę. Oficjalne materiały "Mundialu" polecają tylko dwie korporacje, gdzie kierowcy mówią po angielsku: "Denirow i spółka" - z amerykańskim kapitałem, oraz "Ali Ekspres" - założoną przez obrotnego imigranta z Pakistanu. Nie lubię zapachu arabskich potraw, dlatego zadzwoniłem do Denirowa. Niestety, taksówkarz z irokezem, emerytowany wojskowy, mówił po angielsku na takim samym poziomie, na jakim prezydent USA Ronald Tramp mówi po polsku, dlatego z konwersacji niewiele wyszło. Rzuciłem więc tylko: "Prince Ton, Plejnsborów" i włączyłem sobie laptopa. To nie był jednak koniec niespodzianek. Taksówkarz uparł się, że po drodze musi koniecznie sprawdzić, co się dzieje z jakąś jego znajomą prostytutką, więc do kliniki doktora Domowa dotarłem spóźniony. Zagroziłem taksówkarzowi, że złożę oficjalną reklamację w korporacji, ale jego angielski ograniczył się tylko do riposty: "You talkin' to me?", więc dałem sobie spokój.

Budynek szpitala w Plejnsborowie był olbrzymi, ale bez trudu znalazłem gabinet doktora Domowa. Diagnosta czekał już wraz ze swoim zespołem lekarzy. Widząc moje spóźnienie, zakomunikował:
- Ha, widzę że u was nawet zegarki działają zgodnie z kalendarzem gregoriańskim.
- Taksówkarz... - zacząłem wyjaśniać, ale doktor natychmiast mi przerwał
- To taki żarcik ze strony prowadzącego - dodał z wyrazem twarzy godnym Bustera Keatona, po czym wskazał na siedzących przy okrągłym stoliku lekarzy - Oto mój zespół. Doktor Robiert Pościgow. Doktor Krys Gołąb. Doktor... eee... zapomniałem nazwiska, ale wszyscy mówimy na nią Trinadsatka. Jest jeszcze w naszym teamie rezydentka z Afryki, doktor Alicia Kamerun, ale w tej chwili walczy z Gorączką Zachodniego Nilu, więc nie ma jej tu z nami. A teraz do rzeczy. Nasz dzisiejszy przypadek. Pacjent Angielski.
- Brytyjczyk? - zainteresował się doktor Gołąb
- Jaki Brytyjczyk?! -  żachnął się Domow - Anatolij Angielski. Rosjanin z dziada pradziada! Objawy: rumień wędrujący pośladkowy, kaszel palacza, łokieć tenisisty, glukoza 180, temperatura 217 stopni Kelvina. Diagnozy! Słucham!
- Legionelloza - rzucił doktor Pościgow
- Nie, glukozamina w normie - zaprzeczyła Trinadsatka
- Ziarniniak Wegenera - powiedział doktor Gołąb
- Nie pasuje, pacjent jest na diecie Ketogenowa - pokręcił głową Pościgow
- Hashimoto? - rzuciła w przestrzeń pytanie Trinadsatka
- Nie, dziękuję, już dzisiaj jadłem - sarkastycznie odparł Domow - Ach, nie! Ty mówisz o chorobie. Myślałem, że to jakaś nowa japońska potrawa.
- Hashimoto nie pasuje, bo daje specyficzne reakcje w pierwszej dobie podawania kortykosteroidów - stwierdził Gołąb - Ale do tych wszystkich objawów pasuje ukąszenie przez motyla zorzynka rzeżuchowca.
- Anthocharis cardamines - zamyślił się Domow - Mogłoby być...
- Nie mogłoby, bo ten motyl żeruje wyłącznie w okresie od marca do kwietnia, na zachód od rzeki Bug - stanowczo podkreśliła Trinadsatka - Tymczasem, według wywiadu, nasz pacjent nie opuszczał w tym czasie Rosji. Jedyny raz w zachodniej Europie był znacznie później, piątego maja, gdy motyl ten już zdążył się przepoczwarzyć...
- Wsie lgut - westchnął doktor Domow, a widząc moje zdziwione spojrzenie przetłumaczył - Wszyscy kłamią. No nic... Pościgow i Gołąb - sprawdźcie mieszkanie pacjenta pod kątem toksyn. Trinadsatka - zajrzyj do Graya i przygotuj co tam może być przydatnego w kontekście naszego przypadku. Widzimy się popołudniu.

Lekarze wyszli, a doktor Domow rozglądał się po gabinecie, aż zwrócił się do mnie:
- Dziennikarzu, podaj mi Łajkodin.
- Słucham?
- Łajkodin, tę fiolkę co stoi za tobą na szafce. 
- Co to takiego? - spytałem, biorąc do ręki brązową fiolkę z napisem: "Recieptura: A.Spiryna"
- Środek przeciwbólowy. Bardzo silny. I niezastąpiony - wyjaśnił Domow wskazując laską na swoją nogę, na którą utykał.
- Nigdy o takim nie słyszałem - przyznałem, podając mu lek
- Nic dziwnego - potwierdził - Nie tylko receptura, ale nawet sam fakt istnienia tego środka jest ściśle tajny. Nie wiem czy pan o tym słyszał, ale pies Łajka w rzeczywistości przeżył podróż kosmiczną. Widział na orbicie dziwne pojazdy kosmiczne. Kuliste, w kształcie grzyba i cygara. Podobno te statki czymś go napromieniowały. Po powrocie na Ziemię pies umiał mówić w sześciu językach nowożytnych, oraz w trzech nieznanych nauce. Co więcej, zażądał żeby kupić mu bilet na Orient Ekspres w klasie pierwszej. Oczywiście, jak pan się domyśla, historia o psie jeżdżącym koleją i w dodatku mówiącym jak człowiek, nie mogła wyjść na światło dzienne. Łajkę zamknięto w tajnym laboratorium w kazamatach pod Kremlem razem z psem Pawłowa i psem Andaluzyjskim. Dowiedziały się o tym tylko dwie osoby postronne. Polak i Włoch, pisarze. Polak napisał o tym książkę dla dzieci, więc mu odpuszczono, ale Włoch poszedł na całość, chciał zawiadomić ONZ, USA i wszystkie służby świata. Więc zaraz GRU się nim zajęło. Otruli gościa podsuwając mu - jak to GRU - gołębia nafaszerowanego strychniną. Oni się tam nie patyczkują... No, w każdym razie, z sierści Łajki pozyskano jakąś substancję, z której profesor Anastazja Spiryna, ponoć nieślubna wnuczka samego Rasputina, zaczęła produkować ten painkiller. Dlatego Łajkodin. Łagodzi nie tylko wszelkie bóle, ale też leczy raka, ebolę i nosówkę.
- Niebywałe... - zdumiałem się
- I tak pan nie znajdzie na to żadnych dowodów, więc szkoda zachodu - machnął ręką doktor Domow - A teraz niech się pan rozejrzy po klinice, a ja się zdrzem... znaczy popracuję.

- Domow! - rozległ się głośny kobiecy krzyk, jeszcze zanim zdążyłem opuścić gabinet
- Gospodi... - jęknął doktor, po czym wyjaśnił - To jest doktor Eliza Kudova, z pochodzenia Czeszka, szefowa tej kliniki. Mówię na nią Kudova-Zdrój, bo widok jej dekoltu ma działanie prozdrowotne, niezależnie od wieku pacjenta. A jej tyłek potrafiłby obudzić umarłego!
- Domow, tu jesteś! - lekarka około czterdziestki wpadła do gabinetu - Pacjenci czekają!
- Ja już mam pacjenta - Domow nakreślił łuk laską - Mój team zbiera właśnie informacje w terenie. To wyjątkowo ciężki przypadek, dlatego nie mogę rozpraszać się teraz innymi chorymi.
- Ciężki to jest budżet na utrzymanie twojego zespołu - warknęła Kudova - I pamiętaj, że w każdej chwili mogę go poważnie okroić. Poza tym mamy najlepszą po tej stronie Kaukazu średnią diagnostyczną, 675 zdiagnozowanych przypadków dziennie i po moim trupie pozwolę aby ta średnia spadła.
- To jest szpital, o trupa tu nietrudno... - mruknął Domow
- Już, już! Do roboty! - ponagliła szefowa - Dziennikarz z Polski pójdzie z tobą, obejrzy proces diagnozowania, może jakiś artykuł napisze ciekawy, prawda? Na izbie przyjęć czekają już dziesiątki pacjentów. Twój przyjaciel, doktor Yakow Wilsonow już jest na miejscu, wprowadzi cię w sytuację.

Na izbie przyjęć zmieszczono dziesiątki łóżek, które w nierówno ustawionych rzędach zapełniały się pacjentami. Doktor Domow, pomagając sobie laską, przepychał się przez tłum, jednocześnie utyskując na doktor Kudovą i wychwalając gabaryty jej biustu. Tymczasem z głębi sali machał do nas blondyn w lekarskim kitlu...
- Jest i Wilsonow... - rzucił pod nosem doktor Domow i po raz kolejny rozgarnął laską rzesze pacjentów. Podeszliśmy do łóżka, przy którym stał kolega doktora Domowa.

[Wilsonow]: Wreszcie jesteście. Mamy mnóstwo pracy. Ten pacjent tutaj wciąż sarka i jest z wszystkiego niezadowolony.
[Domow]: To sarkoidoza. Następny!

[Wilsonow]: Kolejny pacjent. Kobieta, lat 43. Ma rybie oko.
[Domow]: Podać 5 miligramów kwasu rybonukleinowego. Do rana będzie zdrowa jak ryba.

[Wilsonow]: Mężczyzna, 55 lat, były dyskobol. Od tygodnia toczy go gorączka.
[Domow]: Toczy go gorączka? To przecież toczeń! Dalej.
[Pacjent]: Zaraz! Już pan idzie?! A gdzie wywiad pogłębiony? Badania? To ma być diagnoza?! To kpina! Ja tu płacę złotymi rublami za konsultacje.
[Domow]: No i co się pan tak gorączkuje? Jeszcze panu dysk wyskoczy... Ale racja, to jednak nie toczeń, to gorączka złota.. Następny!

[Wilsonow]: Chłopiec płci męskiej, lat 11. Cały czas powtarza tylko: "I see dead people".
[Domow]: To jest pacjent psychotyczny! Podrzućcie go do Szpitala Pod Kukułczym Gniazdem.

[Wilsonow]: Mężczyzna, lat 60. Wciąż wychwala aktualnego prezydenta Federacji Rosyjskiej.
[Domow]: Syndrom sztokholmski. Dalej!

[Wilsonow]: Kleryk, lat 24, prawdopodobnie mężczyzna. Twierdzi, że podczas pobytu w Australii został pogryziony przez krokodyla poniżej pasa.
[Domow]: Czy to był krokodyl różańcowy?
[Kleryk]: Z całą pewnością!
[Domow]: Co dwie godziny wlewy dożylne z 80-procentowego roztworu wody święconej. Rano będzie pan jak z krzyża zdjęty, ale potem pan wyzdrowieje.

[Wilsonow]: Ten tutaj rozbił się na motocyklu-ścigaczu. Już trzeci raz w tym miesiącu.
[Domow]: Zespół Kawasaki. Następny!

[Wilsonow]: Kobieta, lat 35. Ma permanentnie gęsią skórkę.
[Domow]: Ptasia grypa. Następny pacjent, szybko!

[Wilsonow]: Pisarz, Pablo Koalio de Zołza.
[Domow]: Nieuleczalne. Następny!

[Wilsonow]: Kobieta, lat 61. Rozsierdziła się...
[Domow]: Co?
[Wilsonow]: No... straciła osierdzie...
[Domow]: Jak pani mogła?! Pani jest bez serca!

[Wilsonow]: Mężczyzna, lat 46, sufler w Teatrze Bolszoj. Utrzymuje, że żona zdradza go z autobusem Arabów.
[Domow]: Zespół Otella, wersja motoryzacyjna. Następny!

[Wilsonow]: Ten pacjent ma podniebienie gotyckie.
[Domow]: Więc może śpiewać w katedrze. Dalej!

[Wilsonow]: Chyba wzywają cię na górę...
[Domow]: Całe szczęście! 12 zdiagnozowanych przypadków w 10 minut. Mój nowy rekord! Widział pan? - wyszczerzył się do mnie

W gabinecie na pierwszym piętrze czekali już doktor Pościgow i doktor Gołąb.
- Co znaleźliście? - rzucił Domow
- Niewiele - westchnął Gołąb - Dom jest czysty. Znaleźliśmy siedemnaście trucizn, trzy substancje radioaktywne oraz stwierdziliśmy obecność 95% pierwiastków z Tablicy Mendelejewa. Zabrakło tylko gadolinu, iterbu i koperniku.
- Czyli nie mamy nic... - machnął ręką Domow
- Jak to nic? - zdziwiłem się - Tyle toksycznych substancji to nic?
- Przyjacielu - rzekł Domow - U nas, w Rosji, to jest na porządku dziennym. Każdy ma w domu przynajmniej pół Tablicy Mendelejewa, a alkohol metylowy jest tu tak powszechny, że przestał być trujący. Po ulicach też lepiej nie chodzić z licznikiem Geigera, bo będzie on się zachowywał tak, jakbyś podłączył wibrator do linii wysokiego napięcia.

W tym momencie do gabinetu weszła doktor Trinadsatka. Ubrana tylko w lateksowe stringi, stanik i maseczkę. Na nogach miała buty na koturnach, sięgające kolan, a w dłoni czarny pejcz.
- A tobie co? - zdumiał się Pościgow
- No... miałam zajrzeć do Greya - zdziwiła się Trinadsatka - Przeczytałam całe w pół godziny, ale niewiele tam było przydatnego w sensie medycznym. Znalazłam tylko, że generalnie uważają spanking za lek na całe zło. No to przygotowałam się...
- Idiotko! - rzucił Domow - Kazałem Ci zajrzeć do "Gray's Anatomy", najlepszego na świecie podręcznika anatomii, a nie do "50 twarzy Greya"
- Aha... No to ja tego... Się przebiorę...
- Nie - powiedział Domow - Pójdziesz pobrać naszemu pacjentowi cztery litry krwi. Jak będziesz w tym stroju, to nie będzie musiał tej gruszki ściskać, serce mu samo wypompuje. A my tymczasem...

Dźwięk pagera przerwał doktorowi. Lekarz spojrzał na wyświetlacz, po czym powiedział tylko, że pacjent miał zapaść i wiozą go właśnie na intensywną terapię. Następnie chwycił słuchawkę telefonu wewnętrznego i wykręcił trzycyfrowy numer.
- Halo, reanimacja? Tu doktor Domow. Czy pacjent Angielski jeszcze żyje?
- Jeszcze nie - padła odpowiedź
- Rozumiem. Informujcie mnie bez zwłoki jeśli będą zwłoki.

A potem doktor Domow odwrócił się do nas i z poważnym wyrazem twarzy oznajmił, że mamy tylko kilka minut, aby coś wymyślić.
- To niemożliwe - machnął ręką zrezygnowany Pościgow - Próbowaliśmy już wszystkiego.
- No dalej, ludzie! - krzyknął Domow - Dajcie mi cokolwiek!
- Zespół Cushinga.
- Autoagresja.
- Zakażenie paciorkowcem.
- Nie, nie, nie, nic nie pasuje - kręcił głową Domow, po czym jego wzrok zatrzymał się na mnie - Chyba, że... Zaraz, zaraz! Kto robił wywiad?
- Ja - powiedział Gołąb
- Pacjent mówił, że kiedy był ostatnio w zachodniej Europie?
- Piątego maja, czy jakoś tak - doktor Gołąb wertował notatki - Ale co to ma do rzeczy...?
- Pacjent miał przy łóżku katolicką Biblię - gorączkowo mówił Domow, przewracając kartki w kalendarzu - Pacjent jest katolikiem i używa kalendarza gregoriańskiego. My używamy juliańskiego! Piąty maja w gregoriańskim to w juliańskim jest 22.kwietnia! Pacjent był na Zachodzie wtedy, gdy motyl zorzynek rzeżuchowiec jeszcze żerował, więc mógł go ugryźć. Nie wpadłbym na to, gdyby nie nasz dziennikarz z Polski! Objawy pasują! Gdy przywrócą Angielskiemu akcję serca, podajcie mu sterydy, anaboliki i koks. Pojutrze wyjdzie stąd o własnych siłach.

Lekarze wyszli z gabinetu, aby wykonać polecenia. Doktor Domow usłyszał na korytarzu odgłos obcasów doktor Kudovej i schował się pod biurko. A ja opuściłem klinikę z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Nie tylko pomogłem wyleczyć pacjenta Angielskiego, ale też zyskałem pewność, że rosyjska służba zdrowia stoi teraz na światowym poziomie. A w razie czego, zawsze pod ręką jest Łajkodin.

18.05.2018 (02:02 czasu moskiewskiego)
 
Ten odcinek dedykuję Kasi S. - najwierniejszej wielbicielce "Doktora House'a" - za miliony godzin, które przegadaliśmy nie tylko o tym serialu.
P.